Motywacyjny poniedziałek! [7]

Nie masz motywacji? Ta garść zdjęć, linków i porad pomoże ci ją bardzo szybko odzyskać. Zapraszam na motywacyjny poniedziałek!

motywacyjny poniedziałek codziennie fit motywacja motywacje motywacyjne obrazki szczupłe dieta diety odchudzanie
Motywacyjny poniedziałek to cotygodniowy cykl postów publikowany po to, by utrzymać Was – i mnie – w postanowieniu oraz dodać nam inspirującego kopa. Wiadomo, że podjęcie decyzji o zmianie stylu życia to wyzwanie, ale jeszcze większą trudnością jest wytrwać w postanowieniu.
No to co, motywujemy się?

Dzisiejszy poniedziałek będzie przeplatany fit historią Weroniki z Wrocławia, która zmieniła swój styl życia jakiś czas temu. Możecie Weronice zadawać pytania pod tym wpisem.

#2 FIT DZIEWCZYNY

Swoją przygodę zaczęłam w styczniu od biegania. Kilka osób w pracy namówiło mnie, by wystartować w marcowym biegu dookoła stadionu 10 Wroactiv. A jak już się powie coś na głos, to ma się większą motywację i łatwiej dążyć do celu – zasada konsekwencji, zbadane psychologicznie. Plotki szybko się rozchodzą, więc co rusz słyszałam – podobno zapisałaś się na jakiś bieg. Im bardziej ironicznie to było wypowiadane, tym bardziej mnie motywowało. 


Nie wiem, co było większe – stres przed pierwszym startem czy duma z tego, że mimo trzaskającego mrozu pakuję się w strój do biegania i pędzę do parku. Trasy były coraz dłuższe, z 5 km zrobiło się 7 potem 10, a czas na 5 km z 35 minut zmalał do 28. No i zapisałam się na siłownię gdzie raz mogłam potańczyć na zumbie, raz spocić się na fit dance, a innym razem podyndać na chustach zawieszonych na suficie. Gdy przez ziąb nie chciało mi się wychodzić na dwór, biegałam na bieżni ustawiając jakąś trasę przez Nową Zelandię i oglądałam widoczki na monitorze albo jechałam rowerem przez Paryż. Można też podpiąć słuchawki i oglądać ulubiony serial biegnąc/jadąc/orbitrekując.
Bieg na 10 km poszedł fatalnie: wiało, padało, przyjechałam za późno i nie rozgrzałam się porządnie. W dodatku pobiegłam nie 10, a 11 km za Kenijczykami, którzy wyrwali na drugie kółko wokół stadionu, bo trasa była źle oznaczona. W wyniku wszystkich niegodziwości losu o zejściu poniżej godziny mogłam pomarzyć, bliżej mi było do zejścia z tego świata. Ale poczułam, że mam dużą rezerwę i od razu wyznaczyłam sobie kolejne cele – najpiękniejszy bieg na Dolnym Śląsku wokół jeziora Mietkowskiego (16 km), półmaraton i Bieg Koguta w Oławie na 10 km. Opłaciłam wpisowe, a koledzy trenowali ze mną i dzieliliśmy się radami odnośnie treningu (dowiedziałam się, co to stopa pronująca) i osiąganymi wynikami.
W  międzyczasie przeszłam na ścisłą dietę, co związane było z przyczynami zdrowotnymi – zaczęłam przyjmować tabletki z witaminą A zapisane przez dermatologa. Musiałam zrezygnować z fast foodów, chipsów, słodyczy, alkoholu, tłustych potraw, energetyków i izotoników, słodzonych napojów, gotowych dań z mnóstwem chemii (a uwielbiałam chińskie zupki), mięso ograniczyć do kurczaka i cielęciny, mleko 2 procent zamienić na 0,5, a węglowodany ograniczyć i postawić na ciemne ryże i makarony o niskim indeksie glikemicznym. 
Wcześniej stołowanie się w KFC było dla mnie normalką, a że nie byłam nigdy gruba uważałam, że mogę sobie pozwolić. Poza tym piwo czy chipsy – no cóż, to przecież nagroda za trud po ciężkim treningu, szczególnie długim wybieganiu. Powtarzałam sobie, że przecież nie biegam po to, żeby schudnąć, a biegacz potrzebuje węglowodanów. Dopiero w trakcie treningów zrozumiałam, że im mądrzej się odżywiam, tym lepszy osiągam efekt.

#3 ZDROWE JEDZENIE

Przejście na dietę było rewolucją. Miałam zacząć za tydzień, a dzień przed pierwszą tabletką zrobić sobie ucztę z mnóstwem niezdrowych rzeczy. Zaczęłam od razu, a uczty nie było. Bo chciałam sobie pokazać, że jestem silna i zaczęło mi się to podobać.
To ogromna frajda, gdy zaczyna się jeść zdrowo i w efekcie nie ciągnie już tak do niezdrowych rzeczy. Zawsze lubiłam gotować, a teraz byłam wręcz zmuszona robić coś samodzielnie. Napoje izotoniczne, które oprócz zbędnego cukru nie dostarczają wiele więcej, zamieniłam na wodę. Izotonik przydaje się, gdy biegniemy maraton, do godzinnego treningu jest zbędny. Chipsy i fast foody zamieniłam na orzeszki nerkowca, pistacje, czy fistaszki. Zamiast słodyczy podjadałam owoce, także suszone (np. żurawinę, dobra na pęcherz) albo dmuchane zboża z melasą z marki Dobra Kaloria (dostępne w Rossmannie). 
Zaczęłam robić też kisiele i galaretki – dobre na stawy. Jogurty z owocami zamieniłam na jogurt naturalny + owoce sezonowe, paluszki rybne na rybę bez panierki, frytki na ziemniaki, a do wieczornego oglądania serialu zaczęłam podjadać nie chipsy, a pocięte marchewki, papryki, kolbę kukurydzy czy wędzoną makrelę, która wróciła do moich łask. Nauczyłam się robić sos szpinakowy, czosnkowy z jogurtu i pomidorowy, żeby nie kupować tych gotowych. Dałam sobie przyzwolenie na jedzenie owoców bez ograniczeń, ale i tak nie pochłaniam ich wiele. Jem mniej, bo organizm się opanował.

#4 ĆWICZENIA

Jeśli otwieramy sobie furtkę i wiemy, że możemy sobie pozwolić na małe odstępstwa, to nie ciągnie nas tak bardzo do zakazanego owocu. Na początku diety stwierdziłam, że pozwolę sobie na jeden luźniejszy dzień w miesiącu, kiedy będę mogła przy piwku i chipsach pogadać ze znajomymi. Ale obok chipsów, orzeszków w panierce, chrupek i ciastek zaczęłam przechodzić obojętnie. Zaoszczędzone pieniądze mogłam przeznaczyć na składniki jakiegoś odjechanego obiadu, np. zupy tajskiej z kurczakiem i curry na mleczku kokosowym.
Gdy przyglądałam się pewnego dnia mojej liście rzeczy do niejedzenia wywieszonej na lodówce i przeczytałam ją dokładnie, zauważyłam ZALECENIA dla osób leczonych izotretynoiną. Zalecenia? Tak, bo jak byk jest tam napisane, że do tych zasad należy stosować się bezwzględnie jedynie wtedy, gdy wyniki badań krwi będą złe. A ja wyniki mam coraz lepsze. Tylko wiecie co? Jak już zaczęłam, nie będę kończyć na początku drogi i marnować postępów. Bez sensu wracać do złych nawyków, kiedy grzech nie kusi aż tak bardzo. A poczucie, że mogę i robię coś dla siebie, ale nie muszę, udowadnia tylko moją siłę. Stwierdziłam, że z dietą lepiej mi fizycznie i psychicznie, a i portfel podziękował, bo zaczęłam ściśle planować wydatki na jedzenie i przestałam się stołować na mieście.
Długo nie biegałam (także przez tabletki – jeden z efektów ubocznych to bóle mięśni i stawów), miałam długą przerwę i nie wystartowałam w czerwcowym Wrocław półmaratonie przez jakieś choróbsko. Ale gdy wróciłam do biegania niedawno po przerwie, poczułam, że mam więcej energii. Nie łapię już takiej zadyszki, nie pocę się tak i mogę więcej. W dodatku schudłam tak, że aż wystają mi żebra. Myślę, że teraz czas wzmocnić się jakimiś innymi ćwiczeniami.
Żeby było jasne – nie jestem guru biegania ani zdrowego odżywiania. Mam gorsze dni, często nie chce mi się nic i leżę plackiem. Killera Chodakowskiej skończyłam… w połowie leżąc na karimacie i płacząc, że jestem parówą, a w trakcie biegu na 16 km który w części przemaszerowałam, obiecywałam sobie, że już nigdy, przenigdy nie pobiegnę. Każdy z moich startów w biegach masowych kończy się kontuzją, kolką i załamką z kiepskiego wyniku, a widok wszystkich wyprzedzających mnie ludzi raczej mnie dołuje, niż motywuje.
#5 MOTYWATORY
Ale wiecie co? Wszystko to jest warte dni, kiedy nie chce mi się tak bardzo, że zmuszam się do przebiegnięcia kółka wokół domu, a potem biegnie mi się tak wspaniale, że wracam po godzinie i mam za sobą 10 kilometrów. Wszystko to jest warte endorfin podczas biegu, które mam bardzo rzadko, bo właściwie chyba nie do końca kocham biegać. Ale gdy już są, pchają mnie do przodu. Tak jak każdy uśmiech biegacza spotkanego w parku, jak każde „dajesz, dajesz, już blisko” kibica stojącego przy trasie. 
Gorsze dni też są potrzebne, żeby docenić każdy medal na szyi. I móc powiedzieć – kurde, ale jestem mocna. Nie dałam się, biegam! Lepiej się odżywiam i mój organizm mi dziękuje. Jestem fit. I będę.
PS Ktoś chętny do biegania? Zawsze wolałam biegać sama, ale druga osoba do pary motywuje.

Znajdziesz mnie:
FACEBOOK || NEWSLETTER || ASK.FM || YOUTUBE || BLOGLOVIN’