Moja fit kuchnia – jak wygląda teraz moje miejsce dowodzenia? Całkowita metamorfoza kuchni

Bez wątpliwości – kuchnia to dla mnie jedno z najważniejszych miejsc w domu. Kocham gotować (zwłaszcza zdrowo), eksperymentować z nowymi przepisami albo piętnaście razy w ciągu dnia robić herbatę. Jasne więc było, zarówno przy kupnie mieszkania, jak i przy remoncie, że to właśnie nasza kuchnia będzie największym argumentem w każdej dyskusji.
I właśnie dlatego stanęłam na głowie, żeby urządzić swoją kuchnię marzeń.

Udało się, więc dzisiaj zakładajcie kapcie, ja zaparzę wodę i razem zobaczymy sobie, jak wyglądała przemiana mojego ulubionego miejsca w mieszkaniu!

HISTORIA KUCHENNA

Na studia przyjechałam mając znikomą wiedzę o gotowaniu. To był już okres, w którym zaczynałam jeść zdrowo, a nie tylko patrzeć na kalorie (tak, taki czas też mam za sobą, nie jesteście w tym sami😊). Umiałam przyrządzić sobie zdrową kanapkę, zrobić placuszki owsiane i podgrzać maminy obiad ze słoika. Jakoś to szło.

Ale razem z mieszkaniem razem i coraz większym zainteresowaniem zdrowym jedzeniem, zaczęłam się uczyć. Pokochałam gotowanie bardzo mocno i nie wyobrażam już sobie nie gotować i nie przyrządzać posiłków. Ja to po prostu lubię!

Tutaj pierwszy dzień po przeprowadzce – w kuchni, jedynym skończonym pomieszczeniu na tamten moment.

W wynajmowanych mieszkaniach z kuchniami było różnie. O ile na pierwszym roku miałam obojętny stosunek do kuchni – ot była, jaka była, o tyle już drugie mieszkanie wybrałam właśnie dlatego, że miała dużą kuchnię z ogromną ilością szafek. Co prawda, szafki te pamiętały chyba koniec PRL-u, kuchenka Ewa miała piekarnik odpalany za pomocą zapałki (zawsze się bałam, że wybuchnę), a lodówka psuła się średnio dwa razy na miesiąc, to jakoś nie zabiło to mojej miłości do gotowania.

W ostatnim mieszkaniu przez cztery lata miałam aneks. A właściwie – mini aneks, z jednym blatem i tak małą ilością miejsca, że niestety nie poznalibyście mnie w trakcie gotowania – tak przeklinałam pod nosem, że zawstydziłabym niejednego marynarza.

Nie zrozumcie mnie źle – wierzę, że mogą być fajne aneksy (wystarczy że mają więcej niż jeden blat i człowiek ma trochę miejsca do operowania garnkami), ale ten mój… nadawał się bardziej dla kawalera odgrzewającego dania gotowe, niż dla dziewczyny z zajawką do gotowania, gotującej dla dwóch osób lub więcej (uwielbiam robić domówki).

Moi znajomi wysłuchiwali non stop jak źle mi z aneksem i jakie to głupie rozwiązanie. Z drugiej strony, całe mieszkanie było tak fajne (jak i jego cena), że jakoś przeżyliśmy w nim cztery lata.

Patryk za każdym moim wybuchem w kuchni mnie uspokajał: to nasze ostatnie mieszkanie, obiecuję ci, że w naszym zrobimy twoją kuchnię marzeń. Będziesz miała dużo miejsca!

No i spełniło się.

MOJA KUCHNIA – PRZED

Było więc oczywiste, że przy wyborze mieszkania do kupna, kierowaliśmy się także wielkością i kształtem kuchni. Byłam tak zrażona do aneksów, że nie przekonywały mnie nawet takie z dużą ilością blatów i miejsca. Warunek był prosty: duża, zamknięta kuchnia. Z nowymi sprzętami, z fajnym układem szafek.

Nic więc dziwnego, że kiedy weszłam do mieszkania, które potem wybraliśmy, momentalnie się zakochałam. Duża kuchnia z fajnym układem, wielkim oknem i osobnym malutkim pomieszczeniem gospodarczym… nie mogłam tego nie wziąć! Dla mnie ta kuchnia przesądziła wszystko i pokonała nawet lęk przed kupnem mieszkania z rynku wtórnego (bałam się remontów).


Z kilku powodów jednak po kupnie okazało się, że kuchnia i tak musi przejść metamorfozę. Pierwszym powodem była zmiana ogrzewania na gazowe (mam mieszkanie w przedwojennym budynku i było tutaj ogrzewanie węglowe i elektryczne), która i tak wiązała się z kuciem ścian i rozwaleniem obecnego stanu.


Drugi powód był prosty – stare meble, nie do końca pasujący mi układ (zobaczcie na miejsce zlewu), niebieskie linoleum na podłodze i tapeta na ścianach… to nie był mój klimat.
Dlatego rozpoczęliśmy akcję metamorfoza.

ZAŁOŻENIA REMONTU I PRZEBIEG

Chciałam białą kuchnię z drewnianymi elementami. Całe moje mieszkanie jest drewniane, z sufitów wystają drewniane belki – chciałam więc to wykorzystać, a nie się tego pozbywać. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że w dobie Instagrama i mody na biel we wnętrzach moja kuchnia nie jest ani trochę oryginalna ani zaskakująca, ale szczerze – mam to tam, gdzie znajdują się moje mięśnie pośladkowe.

Pod oknem miał zostać blat – uważam, że to świetne miejsce na śniadanie czy inny szybki posiłek. Zależało mi także na dużej ilości szafek, bo mam sporo kuchennych sprzętów.

Produktem must have była też zmywarka – obiecałam sobie, że będę ją miała w swoim mieszkaniu. Poza tym chciałam mieć szafeczki na wino oraz jedną wysoką półkę na zapasy.

Na podłodze miały być kafelki. No właśnie – miały. Bo kiedy przyszło do remontu, to okazało się, że pod niebieskim linoleum kryją się piękne, stare, drewniane deski. Uznałam, że zakrywanie ich będzie po prostu grzechem!

Zdecydowaliśmy się więc (razem z naszym płaczącym portfelem) je odnowić i lekko zabarwić na jaśniejszy kolor. Kafelki wylądowały zaś tylko tam, gdzie są potrzebne.

Ścianę na której poprzednio był stół, zostawiłam pustą – w przyszłości chciałabym tu zawiesić krateczkę z doniczkami z ziołami, ale na razie chciałam mieć duże pole do manewru.

EFEKT KOŃCOWY – TO JAK W KOŃCU WYGLĄDA MOJA KUCHNIA?

Moja kuchnia jest…
… taka, jaką sobie wymarzyłam.  I kiedy weszłam do niej pierwszy raz po remoncie, nie mogłam uwierzyć, że to naprawdę moja kuchnia.

Na końcu wpisu wypisałam wszystkie sprzęty, ich modele i linki do rzeczy, które mogą Was zainteresować.

Układ, meble i zamysł

Ponieważ całe moje mieszkanie jest krzywe, jakby ktoś je kopnął (uroki starego budownictwa i adaptacji mieszkania ze strychu), w grę wchodziły tylko i wyłącznie meble na wymiar. A i pomimo tego wcale nie było łatwo z dopasowaniem wszystkich elementów.

Szafki są ułożone w kształt litery L. Jest to dla mnie bardzo wygodne, bo blat pod oknem traktuję nie tylko jako miejsce do jedzenia, ale też po prostu jako przestrzeń roboczą.

Nad sufitem idzie drewniana belka, którą oszlifowaliśmy i odpowiednio zabezpieczyliśmy, żeby się nie niszczyła:

Podłoga to moje oczko w głowie. Odnowiona i nieco bielona, nadaje (według mnie) przytulny charakter. Myślę, że gdy już zacznę kuchnię ozdabiać (na razie nawet o tym nie myślę przez ukruszony remontem budżet), to chciałabym nadać jej jeszcze bardziej przytulnego, swojskiego charakteru.

W kącie znajduje się szafka z karuzelą na garnki – w życiu bym nie pomyślała, że to takie wygodne, a teraz nie wyobrażam już sobie jej nie mieć. Koniec z grzebaniem w szafie w poszukiwaniu tego jednego, konkretnego garnka do owsianki (wiecie, ja mam specjalny garnek do owsianek).



Jeśli chodzi o zlew, to od dawna podobały mi się kamienne, czarne zlewy, więc nie było problemu z wyborem. Wybrałam taki bardzo głęboki, dzięki czemu nie ma problemu nawet przy płukaniu dużych garnków.

W szafkach nad blatami mam talerze, kubki, miseczki i inne naczynia. Między kuchenką a zlewem mam jedną małą szafeczkę wysuwaną do przodu, w której trzymam słoiki z najczęściej używanymi produktami i z przyprawami.

W wysokiej szafce koło ściany trzymam zapasy. O słoiki dostałam milion zapytań na Instagramie – zamawiałam je online ze sklepu garneczki.pl, ale od jakiegoś czasu znikły z oferty. Mam nadzieję, że się jeszcze pojawią,bo chciałam domówić kilka sztuk.

Sprzęty

Biorąc pod uwagę moje przejścia ze sprzętami w poprzednich mieszkaniach, bardzo zależało mi na odpowiednich sprzętach w mojej własnej kuchni. Takich, z którymi przyjemnie będzie mi gotować i przygotowywać zdrowe dania, a które przy okazji będą też ładnie wyglądać.

Lodówka

Po pierwsze – duuuuża lodówka, na czym mi zależało, bo mimo tego, że jest nas dwójka, zazwyczaj mamy sporo jedzenia. Ja też staram się przygotowywać niektóre rzeczy na zapas, w związku z tym pakuję je w pudełka – a te przecież zajmują sporo miejsca.

Ma technologię NoFrost, więc nie muszę się martwić rozmrażaniem – to mnie zawsze wkurzało we wszystkich lodówkach. Dzięki temu  na każdej półce panuje ta sama temperatura, więc wewnątrz nie gromadzi się szron i lód. Co za tym idzie, koniec z sezonowym wyciąganiem wszystkiego do wanny i rozmrażaniem lodówki.

Ale mój hit to coś innego – w zamrażarce mam dużą szufladę BigBox, która ma dużo więcej miejsca niż normalnie. Często zdarza mi się mrozić  rzeczy, bo albo nie dajemy rady czegoś zjeść przed wyjazdami (a tych, jak wiecie, jest sporo), albo po prostu coś mi zostaje lub dostaję warzywa i owoce od mamy z ogródka w takiej ilości, której nie jestem w stanie od razu przetworzyć. Ta szuflada mieści dużo więcej rzeczy i wreszcie nie muszę wszystkiego upychać na siłę… albo marnować, a marnowania jedzenia naprawdę nie lubię!

Zdecydowaliśmy się na srebrną lodówkę, bo białe jakoś aż tak do mnie nie przemawiają (poza tym bałam się, że w całej kuchni i tak już jest bardzo biało), a czarny z kolei gryzłby się z jasną podłogą.

Zmywarka

Tak jak wspominałam na początku –  zmywarka była pierwszą rzeczą, jaką chciałam mieć we własnym domu – u nas to ja odpowiadam za zmywanie i czasami już mnie naprawdę coś trafiało, kiedy widziałam stertę naczyń, zwłaszcza po wizycie znajomych czy jakimś większym gotowaniu. Wymusiłam na Patryku obietnicę, że będzie – i jest!

Zmywarka jest mała, ale w zupełności wystarczająca na naszą dwójkę, bo jest mimo swojego rozmiaru pojemna i ustawna, więc można tam zmieścić sporo rzeczy.  Ma kilka różnych programów (Express, Intensywny, Delikatny) i wysoką klasę energetyczną (A++), na czym mi bardzo zależało – w końcu jak samodzielność, to też płacenie za prąd 🙂 . Ma też fajny System Up&Down, który pozwala przesuwać i regulować górny kosz, a co za tym idzie, wsadzić niewymiarowe garnki czy stworzyć sobie więcej miejsca na wysokie kieliszki.

Płyta

Długo zastanawiałam się nad wyborem płyty – w poprzednim mieszkaniu miałam elektryczną, w moim rodzinnym domu mam gazową, a tutaj Patryk namawiał mnie na indukcję i mu się udało. Na razie jestem na etapie przyzwyczajania się, bo dużo szybciej się na indukcji gotuje i musiałam się tego nauczyć. Z dnia na dzień jednak coraz lepiej mi idzie ocenianie, na jakim poziomie mocy ustawić plytę i jaki czas jest potrzebny, żeby ogarnąć odpowiednie danie.


Moja płyta sama rozpoznaje, czy garnek nadaje się do gotowania na indukcji czy nie – to funkcja CheckPot, wystarczy położyć naczynie na polu. Tym sposobem bardzo szybko dowiedziałam się, że muszę pożegnać moją ukochaną patelnię do naleśników i kilka innych rzeczy – ale to tylko kwestia wymiany, którą i tak planowałam (dopisek: minęło już trochę czasu, a ja dalej nie mogę znaleźć patelni do naleśników na indukcję! Okazało się, że to towar deficytowy! 🙂 ).

Dla mnie ta funkcja to duże ułatwienie, bo o ile teoretycznie wiem, jak wygląda ikonka indukcji, to i tak za każdym razem sprawdzam w internecie i koniec końców nie jestem pewna, czy jakiś garnek jest ok, czy nie. 🙂

Płyta  ma też funkcję łączenia pól ze sobą (Bridge), więc spokojnie można postawić nawet wielkie, nie do końca foremne garnki, jak brytfanka czy coś innego. Unika się wtedy problemu nierównomiernego podgrzewania. To jest fajne! Już mi się nawet przydało, jak na tydzień przyjechał do nas tata Patryka i gotowałam trochę większe obiady, używając też pojemniejszych garnków.

Na razie jestem bardzo z niej zadowolona i przyjemnie mi się gotuje. Ale przede wszystkim też duuużo szybciej 😊

Okap
Jeśli chodzi o okap, bardzo nie chciałam brzydkiego okapu, który będzie psuł cały efekt kuchni albo ją przytłaczał.
Udało mi się jednak znaleźć zgrabny model, który nie zajmuje całej kuchni, rozkłada się w razie potrzeby (kiedy go używamy) i jest ozdobą, a nie tylko koniecznym elementem.
Ma też oczywiście oświetlenie LED i przyciski dotykowe, nie trzeba więc nic na siłę wciskać i powierzchnia się tak nie brudzi przy włączaniu i wyłączaniu.

Piekarnik

No i doszliśmy do mojej największej miłości: piekarnika! W swojej historii  wynajmowanych mieszkań każdy z moich piekarników był inny, ale prawie każdy stwarzał jakieś problemy. Jak ten piekarnik Ewa, odpalany zapałką przy otworze z gazem :O za każdym razem miałam mini zawał.

Mój aktualny piekarnik to moja wielka miłość – z dwóch powodów.
Po pierwsze: sam wygląd! Z tym białym kolorem świetnie pasuje do mebli, a wyświetlacz zwraca uwagę – jak znajomi przychodzą do mnie pierwszy raz, to myślą, że to naklejka.

Po drugie:  gotowe programy pieczenia (np. biszkopt) i bardzo łatwa funkcja ustawiania temperatury i wszystkich innych szczegółów. Można stworzyć i zapisać swoje własne ustawienia (programy użytkowania) – to się przydaje, kiedy często pieczemy konkretne danie, wystarczy kliknąć zapisany program i tyle. Robi się praktycznie samo.

Kolejna zaleta to szeroki zakres temperatur – mogę piec w temperaturze od 30 aż do 280 stopni.  Można więc i wrzucić ciasto do wyrastania w odpowiednich warunkach (zresztą jest do tego odpowiedni program) czy zrobić pizzę (np. z kalafiora ).  

Na wyświetlaczu pokazuje się aktualna temperatura czy odliczanie czasu do końca pieczenia. Po upływie odliczania, piekarnik informuje mnie o końcu pieczenia za pomocą sygnału.

Strasznie mi się to wszystko podoba, od kiedy się wprowadziliśmy, zrobiłam już z dziesięć ciast (w tym przynajmniej połowę nie-fit, haha) i kilka innych potraw pieczonych. W swojej kuchni piekę baardzo często – nie tylko desery, ale też obiady, kolacje, a nawet śniadania (tak jak jajeczne muffinki).


Jestem podekscytowana tym, co tutaj będę produkować i mam nadzieję, że znajomi mają puste brzuchy, bo będę jak babcia dokarmiająca wnuczęta. 😀

W metamorfozie kuchni pomogła mi marka Amica. 

CZAS NA GOTOWANIE!

Strasznie się jaram moją kuchnią! Mam cały czas wenę do gotowania i gdyby nie to, że remont trwał aż do przedwczoraj (!), to już dawno wyżywiłabym całą moją kamienicę.

Ale w związku z tym moim entuzjazmem mam też dla Was dobrą wiadomość – na milion procent na blogu pojawi się więcej przepisów, mam też zamiar ruszyć z regularną serią kulinarną na YouTube. Oczywiście, wszystkie te rzeczy będą dotyczyć zdrowej diety! 😊 Pozwólcie mi tylko wypakować kartony do końca, bo jeszcze jesteśmy wprowadzeni w połowie.

A teraz wybaczcie, ale idę sobie na herbatkę przy moim kuchennym blacie. 😊 😊 😊

SPIS MATERIAŁÓW I SPRZĘTÓW Z KUCHNI