Dlaczego nie udaje ci się schudnąć/jeść zdrowo?

 
Myślisz, że tym razem się uda. Kupujesz sobie sportowe ubrania, lodówkę zapychasz owocami i warzywami, a rano wstajesz z myślą, że dzisiaj zaczyna się nowy, zdrowy i chudy rozdział twojego życia. Zjadasz idealne fit śniadanie, którego mogłaby ci pozazdrościć Ania Lewandowska, udaje ci się trochę poćwiczyć, a następnie z dumą zjadasz na obiad zdrową sałatkę z grillowanym mięsem i czujesz się jak najbardziej fit osoba na całym świecie. Wszystko idzie dobrze… aż do momentu w którym nagle znów rzucasz się na słodycze, przypominasz sobie, że nie wypiłaś dziś ani jednej szklanki wody albo zaczniesz obżerać się chipsami.

Jeśli kiedyś ci się to zdarzyło – nie martw się. Mi też. Potrafiłam codziennie od nowa zaczynać dietę lub zdrowy styl życia, bo za każdym razem coś mi się nie udawało. Tłumaczyłam sobie też, że dzisiaj mogę się jeszcze najeść ulubionych, niezdrowych rzeczy, bo przecież OD JUTRA będzie lepiej.
 
I w sumie taki stan rzeczy mógłby trwać wiecznie, gdyby nie to, że postanowiłam coś z tym zrobić. Udać się na wojnę z ciągłym zaczynaniem od nowa. Od czego trzeba zacząć? To proste: od zorientowania się z czym mamy problem.

PROBLEM NR 1:

 ZACZYNAM JEŚĆ DUŻO SŁODYCZY/SŁONYCH RZECZY

Wszystko idzie dobrze: większość twoich głównych posiłków to zdrowe, zbilansowane jedzenie. Jeżeli się odchudzasz, to idealnie idzie ci trzymanie się kalorii. Tylko że już pierwszego dnia na podwieczorek zjadasz kilogram słodkości albo przepysznych, chrupiących chipsów. Kolejnego ranka postanawiasz zacząć od nowa, a potem znów kończysz tak samo – z szeleszczącą paczką cukierków w ręce. Co zrobić?

 
Po pierwsze: nie pomogą ci tu tabletki z chromem ani żadne suplementy, które mają w magiczny sposób uciszyć apetyt na słodycze. To akurat siedzi tylko i wyłącznie w twojej głowie. Nikt ci nie wpycha tego wafelka do ust: sama to robisz za każdym razem. 
Po drugie: dieta i zmiana stylu życia to nie wojskowy rygor. Dużo lepiej będzie, jeśli pozwolisz sobie raz w tygodniu na coś słodkiego, albo co drugi dzień ale w bardzo małej ilości (pasek czekolady, pół wafelka). Ja kiedyś co drugi dzień pozwalałam sobie właśnie na małe co nie co i taki system działał cholernie dobrze. Pozwalał też nieco zwalczyć uzależnienie od cukru, bo jednak zmniejszasz przy tym porcje pochłanianych słodkości. Po jakimś czasie nawet tego dozwolonego dnia nie chciało mi się jeść niczego słodkiego.
Po trzecie: musisz sobie uświadomić, że to nie jest kara. Zdrowy styl życia to nie krzyż, który musisz założyć na plecy. To świadomy wybór. Zastanów się, po co to robisz -żeby się lepiej czuć, lepiej wyglądać, żyć dłużej? Jeśli tak, to jak to w życiu bywa  – coś za coś. Ale uwierz mi na słowo: rezygnując z chipsów czy wafelków NIC NIE TRACISZ. Może na początku trochę pocierpisz – w końcu odstawiasz swój mały narkotyk – ale twojemu ciału wyjdzie to na dobre.
Po czwarte: to nie jest chwilowa zachcianka. Dużo ludzi rzuca się na słodycze/słone jedzenie albo pozwala sobie na rozpustę już cztery dni od nowej diety, bo „przecież zasłużyli”. No właśnie nie. To zmiana na całe życie. Brzmi przerażająco, ale to SUPER SPRAWA! A jedząc słodycze raz na trzy-cztery dni nie cierpisz, prawda? No właśnie.
 
Pamiętaj, że najważniejsze to znaleźć złoty środek. Nie rezygnuj całkowicie z rzeczy, które lubisz jeść – po prostu wprowadź zdrowy umiar!
 
Rada: spróbuj zacząć traktować niejedzenie słodyczy jako coś normalnego. Patrząc na tych wszystkich ludzi zajadających się tłustymi chipsami pomyśl sobie, że tobie się udało to zwalczyć. Przecież to tylko słodycze czy przekąski, nikt ci ich na siłę nie wpycha do ust. Jesteś w stanie sam postanowić, kiedy je jesz, a kiedy nie.
 

PROBLEM NR 2: 

NIE CHCE MI SIĘ ĆWICZYĆ

Jesteś zmęczona, masz zły humor albo za tobą nieprzespana noc. Nie masz wcale ochoty ruszać się z kanapy, a co dopiero wbijać się w dres i pocić przy przysiadach: to zrozumiałe. Ale odwlekając to z dnia na dzień tylko oddalasz siebie od kogoś, kim możesz się stać. Chcesz mieć szczupły brzuch?Rusz tyłek, zakładaj adidasy i do roboty. Pomyśl sobie: gdybyś zaczęła ćwiczyć już miesiąc temu, teraz widziałabyś pierwsze efekty. Odkładając wszystko i olewając ćwiczenia, będziesz musiała poczekać kolejny miesiąc albo i więcej.

 
Czasami trzeba się zmusić, by nagle, w środku ćwiczeń zorientować się, że jest fajnie. Że może pot ci się leje strumieniami z czoła, ale czujesz się szczęśliwa, bo endorfiny robią swoje. I tak ma być!
 
Dieta to 80% sukcesu, ćwiczenia – 20 %. Niby mało, ale przy regularnych ćwiczeniach możesz mieć ciało, którego nie osiągniesz nawet przy najściślej trzymanej diecie. Wiem co mówię.
 
Rada? Zobacz zdjęcia ładnych dziewczyn – na przykład na weheartit albo na tumblr. Czy mają zaokrąglone pupy bez celluitisu? Płaski brzuch? To wcale nie jest Photoshop! Nie zrobiły tego tylko jedząc same zdrowe rzeczy. Ruszyły tyłek, moja droga, bo takie ciało robi się też ćwiczeniami.
 
Jeżeli wydaje ci się, że masz złą kondycję i nie potrafisz ukończyć żadnego treningu, przeczytaj ten post: Nie dajesz rady na treningu? Może to wina twojej głowy.
 

PROBLEM NR 3: 

DZIŚ SOBIE POZWOLĘ, MIAŁAM TAKI ZŁY DZIEŃ…

Każdy z nas ma czasami gorszy dzień. Taki, który sprawia, że nic ci się nie chce i najchętniej zakopałabyś się pod kołdrą, podjadając czekoladę. Jeśli raz na miesiąc wrzucisz na luz, nic się nie stanie, ale robiąc to raz w tygodniu sama psujesz swoją pracę.
Ciągłe pobłażanie sobie i usprawiedliwianie samego siebie („zjem tę czekoladę, przecież zasłużyłam”, „nie idę dziś na trening, mam zły humor”) to zwykłe strzelanie sobie w stopę. Bo jak już pisałam – jeden dzień w miesiącu to nie tragedia, ale pozwalając sobie na wszystko raz-dwa razy w tygodniu sami sobie przeszkadzamy. To ponad cztery dni w miesiącu, a więc pół tygodnia! W tym czasie można schudnąć 0,5 kg albo zrobić cztery porządne treningi.
 
Rada? Nie bądź dzidziusiem, któremu wszystko się wybacza. Weź się w garść i przestań się ze sobą cackać, bo przecież nie robisz tego za karę: robisz to, by być zdrowym, świetnie wyglądać i czuć się dobrze.
 
Poczytaj o motywacji tutaj: Motywacja na Codziennie Fit.
 

PROBLEM NR 4:

 MAM DUŻY APETYTDobrze, a więc jesz pięć zdrowych posiłków dziennie, ćwiczysz i.. ciągle chodzisz głodna. Nakładasz sobie porcje większe niż dla konia i zaczynasz podejrzewać, że zamiast nabierać fit kształtów, zaczynasz po prostu rosnąć wszerz.

Ten problem na 99 procent spowodowany jest złymi posiłkami. Dużo cukru i prostych węglowodanów podkręca apetyt. Możesz wtedy zjeść konia z kopytami, a i tak będzie ci burczało w brzuchu.
 
Rada? Patrz co jesz. Poczytaj trochę o komponowaniu posiłków. Zaprzyjaźnij się z węglowodanami złożonymi i białkiem. Polub warzywa. Inaczej ciągle będziesz chciała jeść więcej.
 

PROBLEM 5: 

CHCĘ JEŚĆ ZDROWO, A MOI WSPÓŁLOKATORZY/CHŁOPAK NIE. NIE CHCĘ GOTOWAĆ NA DWA GARNKI!

Wcale nie musisz robić dwóch osobnych dań dla siebie i – na przykład – twojego chłopaka, który ma gdzieś zdrową dietę. Ja po prostu robię dwie wersje tego samego dania, dzięki czemu nie płacę za dwa obiady (bo kupuję te same składniki) i nie narobię się za dużo. Przykład? Tydzień temu robiłam zapiekankę makaronową w dwóch foremkach. Do swojej wrzuciłam małą ilość razowego makaronu, do tego chudą szynkę, brokuł, pomidory i polałam to gęstym sosem pomidorowym własnej produkcji, żeby w czasie pieczenia ładnie się zlepiło. Mojemu chłopakowi zrobiłam to samo danie, tylko zamiast brokuła pokroiłam boczek, makaron był zwykły, pszenny, a na wierzch posypałam mu grubą warstwę sera. Obie zapiekanki wstawiłam w tym samym czasie do piekarnika. 

Podobnie robię ze śniadaniami, gdy obydwoje mamy ochotę na tosty: ja jem takie z razowego chleba, z małą ilością sera, za to z dużą ilością chudej szynki, pomidora, papryki, pieczarek, cebuli i ogórka. Mojemu chłopakowi szykuję podobne danie, tylko że chleb jest pszenny, a sera jest sporo.
 
Można? Zawsze można. Tylko trzeba chcieć.