Zadyszka, ból mięśni i myśl: „chyba zaraz skończę” albo „dzisiaj mam słabszy dzień”. Kiedy masz zrobić dodatkowe powtórzenie – odpuszczasz. Kiedy łapie cię większa zadyszka, stajesz, chociaż do mety zostało ci pół kilometra. Znasz to? Może wcale nie jesteś w tak złej formie, jak myślisz. Bardzo prawdopodobne, że za twoje wyniki na treningu odpowiada twoja głowa.
Wiele rzeczy tłumaczymy słabą kondycją czy tym, że nie dajemy rady. I chociaż oczywiście w części przypadków jest to prawda – bo jeśli ktoś nagle ruszył z kanapy po jakimś czasie, to rzeczywiście ma braki kondycyjne – o tyle czasami trening każe przerwać nie nasze ciało, a nasza głowa.
A konkretniej, nasze przeświadczenie, że nie damy rady więcej.
Wyobraź sobie, że biegniesz. Na pewno masz jakąś granicę czasu, do jakiej wytrzymujesz – 5, 10, 50 minut ciągłego biegu, po których zawsze się zatrzymujesz. Próbowałeś kiedyś przekroczyć ten swój rekord? Wiele osób zaczyna i po chwili od razu się zatrzymuje, bo czując zmęczenie stwierdza, że już więcej nie da rady. Zdziwiliby się – zazwyczaj pierwsze dwie, może trzy minuty dodatkowej aktywności są rzeczywiście ciężkie, ale potem w jakiś sposób organizm się uspokaja i można swobodnie hasać dalej nawet 20 minut dłużej, niż na początku.
JAK TO BYŁO ZE MNĄ?
Ja też borykałam się z własną psychiką. Trenując i biegając sto metrów, nigdy nie miałam problemu, ale biegając na dwieście… przy starcie serce waliło mi tak, jakby miało zaraz wyskoczyć z klatki, trzęsły mi się nogi i latałam co chwila do znajomych, prosząc o kopniaka na szczęście. Ten dystans mnie kompletnie przerażał – i to odbijało się na mojej głowie, a co za tym idzie, na wyniku.
Cały czas byłam przestraszona, że nie dobiegnę do mety – złapię „bombę”, zabraknie mi sił i będę człapać jak robot, któremu nagle odcięto zasilanie. Biegając, bez wiedzy zwalniałam w pewnym momencie, próbując zachować siły na później. Nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy, zobaczyłam to dopiero gdy zaczęłam nagrywać swoje biegi i oglądać je później po zawodach.
Rezultat? Wynik zadziwiająco gorszy niż powinien być.
Widzicie, w małym stopniu biegając jednocześnie na 100 i 200 metrów, można przewidzieć wynik tego drugiego dystansu. Jeżeli 100 metrów pokonywałam w 12,80 s, to 200 metrów powinnam spokojnie przebiec w czasie ok. 25 sekund. Ja biegałam 26 sekund z hakiem. Czasami nawet 27. Kiedyś stwierdziłam, że mam to już wszystko w dupie i pobiegnę jak pobiegnę. Bez spiny. I co?
Rekord życiowy. Szach mat, psychiko.
Drugi przykład:
Robiąc trening biegowy mam jakiś określony czas, w którym zawsze biegam. Na przykład po treningu siłowym albo wzmacniającym biegam z prędkością 10 km/h przez X minut.
Zakodowałam sobie, że X minut to mój maks. Biegnąc więcej – zmęczę się, padnę, nie dam rady. Próbowałam biegać więcej i tak jak napisałam wcześniej – przez pierwszą minutę męczyłam się niemiłosiernie, więc dawałam sobie spokój.
Aż pewnego dnia stwierdziłam, że spróbuję to przeczekać. Minęły 3 kolejne minuty i nagle zmęczenie przestało tak dokuczać. Tego dnia przebiegłam 2 razy X minut.
Moje ciało było w stanie to zrobić, nawet nie byłam bardziej zmęczona niż zwykle. To moja głowa nie pozwalała.
Czasami przy treningu siłowym, kiedy mam już spore obciążenie, też stwierdzam, że jeszcze jedno powtórzenie i koniec. A potem robię jeszcze jedno, drugie, trzecie i piąte, bo okazuje się, że dałam radę!
PO PROSTU SIĘ NIE PODDAWAJ
Nie mówię tu o tym, żeby zmuszać siebie do niesamowitego wysiłku, bo to może skończyć się kontuzją, ALE – nie poddawaj się od razu. W 70 przypadkach twój brak kondycji czy zmęczenie siedzi w twojej głowie, a nie w twoim ciele. Rany boskie, zobacz, co wprawiają inni ludzie! Maratony, triathlony, ciężkie treningi… przecież te osoby to nie roboty ani wybrańcy obdarowani specjalną wytrzymałością i siłą!
Oni po prostu pokonali swoją głowę.
Pamiętaj o tym, kiedy następny raz pomyślisz „nie mogę”.





Tak, zupełnie się z tym zgadzam! Widzę po sobie i po tym, jak wyglądały kiedyś moje ćwiczenia w domu, gdzie kończyłam bo „już naprawdę nie daję rady” pomimo tego, że mi zostało kilka powtórzeń, a jak to wygląda teraz jak chodzę na siłownię. „Już naprawdę nie mogę” ale mobilizuję się i, o dziwo, DA SIĘ 🙂
100% prawdy. Zawsze męczę się baaardzo szybko, bo do mojego kanapowego stylu życia dochodzi lekka wada serca, która niestety nie pomaga. Zawsze jak zaczynałam ćwiczyć to za kilka minut byłam zmęczona i dawałam spokój. A kiedyś się zawzięłam i okazało się, że jestem w stanie wytrzymać stosunkowo intensywne cardio i jakieś dłuższe ćwiczenia z Chodakowską (nie razem ofc). Chcieć to móc, serio. Jasne, nie ma się co rzucać na jakieś ćwiczenia dla zaawansowanych, ale dołożenie kilku minut dziennie do treningu nie boli aż tak jak mogłoby się wydawać.
Ja ćwiczę w domu i zauważam, że też robię mniej niż bym mogła, bo nikt nie patrzy 😉 Tak to zawsze jest jakaś motywacja, że ktoś może pomyśleć, że jesteś słaby albo że robi więcej niż Ty, więc chcesz go dogonić. A na siłownie nie ma z kim chodzić, więc nie chodzę. Wiem, że mogłabym sama, ale to o wiele bardziej złożony problem, który wymaga ode mnie dużo, a na to nie jestem gotowa 😉
Po jakimś czasie oddech staje się rytmiczny i spokojniejszy, a wtedy się płynie :). Trzeba się tylko nie bać dojść do tego momentu. Gdy odpuszczam, wiem, że robię to dla własnej wygody, a nie z konieczności. Zwykle. Bo czasem się zdarza, że powód jest :).
Dzisiaj na zajęciach z ABT nowo poznana przeze mnie trenerka powiedziała: „Jeśli już nie masz sił i nie możesz, to pomyśl, że do końca pozostały jeszsze 4 powtórzenia! I bedzie 8! Udało się? No to jeszcze 4…” 😛
Absolutna prawda. Ja dowiedziałam się, że mogę więcej kiedy pojechałam na trzydniowe warsztaty taneczne. Dwugodzinne bloki taneczne, od 8:00 do 16:00, z jedną półgodzinną przerwą na obiad. Każdy blok z inną trenerką, każda wymagała całkowitego zaangażowania. W piątek myślałam, że wysiądę mniej więcej w połowie dnia, ale zagryzłam zęby i jechałam dalej. W sobotę po 16:00 byłam zdziwiona, że to już koniec. Niedzieli prawie nie pamiętam (pewnie ze zmęczenia 😛 ), ale patrząc po filmikach z warsztatów też dałam radę.
mam to samo, że głowa mnie nie puszcza. ale negocjujemy 😉
Zdecydowanie. Głowa potrafi być najsłabszym ogniwem.
Ale jeżeli uda się uciszyć te malutkie, złośliwe myśli „Nie dasz rady”, „To ponad Twoje siły” to można góry przenosić.
Ja u siebie na crossficie widzę prostą zależność – zaczynam myśleć -> pojawiają się ww. myśli -> upuszczam sztangę/gubię się na skakance/opadam z sił. Wyłączę myśli -> lecę na instynkcie -> daję radę do końca.
Tak zwany „overthinking” http://psycholog-pisze.pl/wp-content/uploads/2015/02/maxresdefault.jpg