5 rzeczy, które sprawiają, że zawsze trzymam się zdrowego trybu życia

CZAS NA SZCZEROŚĆ. To nie jest tak, że jak już się żyje zdrowo, to ten zdrowy tryb życia zawsze będzie dla nas bardziej atrakcyjną opcją. Nie bądźmy naiwni: wiadomo, że łatwiej (i czasami zdecydowanie przyjemniej) jest posłuchać tego głosiku w głowie, który mówi „nie idź na trening”, „olej dietę”, „po co ci to wszystko”, „zaczniesz od jutra”. Sztuka polega na tym, żeby czasami się na ten głosik zgodzić, ale zdecydowanie częściej go zignorować. Jak? To wcale nie takie trudne – dzisiaj pokażę Wam 5 moich sposobów na bycie fit cały czas!

Mam wrażenie, że niektórym czasami się wydaje, że wszyscy dietetycy, trenerzy oraz ludzie ćwiczący regularnie czy jedzący zdrowo, to jacyś NADLUDZIE.

BOHATEROWIE, którzy nie czują pokusy słodkiego, zawsze chce im się ćwiczyć, a na pizzę patrzą wrogim spojrzeniem.


Chyba nie muszę tłumaczyć, że wcale tak nie jest? Takie osoby najczęściej mają jakieś swoje zasady, których się trzymają. Ja mam też swoje – i dzisiaj się z nimi podzielę, bo chociaż są proste i oczywiste, to jestem pewna, że niektórym po prostu pomogą… nie tylko być fit, ale chociażby poczuć ulgę 🙂

5 RZECZY, KTÓRE SPRAWIAJĄ, ŻE ZAWSZE TRZYMAM SIĘ ZDROWEGO TRYBU ŻYCIA

#1 NIGDY NIE SŁUCHAM I NIE PATRZĘ ŚLEPO NA INNYCH

W porządku. Brzmi to strasznie butnie i tak, jakbym miała ego, które nie mieści się nawet w pomieszczeniu wielkości sali gimnastycznej, ale już wszystko tłumaczę.

Gdybym miała słuchać wszystkich nadchodzących trendów, nowych wyroczni dietetycznych i kierować się najświeższymi modami, to byłabym całkiem niezłym królikiem doświadczalnym. Jeśli siedzicie w byciu fit dłużej niż trzy miesiące, to z pewnością już się zorientowaliście, że co chwila wchodzi jakaś nowa teoria, która ma być rewolucyjna, zapewnić piękną sylwetkę i zdrowie.

Zanim więc polecę sprintem i będę ją wyznawać, sprawdzam – badania, podstawy, ale przede wszystkim: czy dana teoria rzeczywiście ma jakieś przełożenie na fizjologię człowieka – bo bardzo często okazuje się, że wcale nie.

Druga rzecz – nie patrzę na innych, to znaczy: staram się nie porównywać. Już dawno odlajkowałam profile, które wprowadzały mnie w wyrzuty sumienia (o tym pisałam tutaj), nie patrzę na wybory żywieniowe innych i tak dalej. Dzięki temu nie mam niepotrzebnego poczucia, że coś robię gorzej, że jestem mniej zdyscyplinowana, że mogłabym to czy tamto… To kompletnie bez sensu.

To, że jakaś koleżanka panicznie boi się cukru i uważa go za największe zło, nie znaczy, że mam czuć się winna, bo zamówiłam kawałek ciasta (a kiedyś tak było). I powiem Wam szczerze, że to chyba jeden z najważniejszych punktów, bo ten brak porównywania się sprawił, że przestałam czuć presję. A brak presji = brak problemów z utrzymaniem zdrowych nawyków.

#2 WIEM, NA CO MOGĘ SOBIE POZWOLIĆ

Czyli patrzę na rzeczy rozsądnie. Wiem, że jeden dzień rozpusty nie sprawi, że obudzę się z pięcioma kilogramami na plusie. Tak samo jak wiem, że kawałek ciasta jest ok, ale już cała blacha wcale nie sprawi, że poczuję się lepiej, a tylko spowoduje ból brzucha.

Jak idę na randkę, to nie liczę kalorii. Jak nie mam jak czegoś zważyć, zmierzyć – też.
Staram się po prostu patrzeć na jedzenie rozsądnie i starać się robić to z umiarem. Wiadomo: jak każdy mam dni, że liczą się tylko serowe chrupki i tyle (więcej o moich słabościach tutaj), ale mimo wszystko od kiedy wiem, że świat się nie zawali, jak 20 % mojego jedzenia nie będzie idealnie, mam czystą głowę.

Tak samo mam z treningiem: jak mi się bardzo nie chce… to nie idę. Ale jeśli to piąty dzień pod rząd, to wiem, że lepiej byłoby iść, więc mimo wszystko się ruszam! I mam wrażenie, że to jest jednocześnie największa trudność, ale i ułatwienie w zdrowym trybie życia: bycie po prostu cholernie rozsądnym!

#3 NIE ZAKAZUJĘ SOBIE NICZEGO

Pewnie: są rzeczy, których unikam i które są dla mnie niedostępne (jak na przykład energetyki, których nie piję NIGDY i które odradzam wszystkim znajomym), ale jest to bardzo, bardzo krótka lista. Raczej nie zakazuję sobie rzeczy. Dzięki temu nie mam niezdrowego podejścia, które kazałoby mi się „najadać” zakazanym, kiedy „pęknę”, a potem chłostać się i mieć wyrzuty sumienia. Kiedy masz świadomość, że możesz wszystko, to w sumie dzieją się dwie rzeczy:

a) przestaje cię to tak kusić
b) potrafisz zjeść rozsądną ilość i świat się nie kończy

Polecam!

#4 WIEM, JAK TO WSZYSTKO DZIAŁA NIE TYLKO NA SYLWETKĘ, ALE I NA ZDROWIE

… i mam na tym punkcie lekką schizę.

Jeśli macie z czymś problem: z brakiem motywacji do ćwiczeń, ze zbyt dużym apetytem na słodycze, ze znalezieniem czasu na sen, z tym, że ćwiczycie zbyt dużo albo jecie zbyt mało – polecam poczytać, jak to wpływa na Wasze zdrowie. Co może się stać, jeśli dalej będziecie tak robić i jak możecie na tym stracić.

Fot. Wojtek Rudzki

Mnie bardzo motywuje taka wiedza, bo chcę dla siebie jak najlepiej. Chcę żyć długo, ale też sprawnie, zdrowo, w razie, gdybym zachorowała, chciałabym mieć świadomość, że ze swojej strony zrobiłam wszystko, co mogłam, żeby te prawdopodobieństwo choroby ograniczyć. Mega mnie to motywuje do działania.

#5 OTACZAM SIĘ POZYTYWNYMI INSPIRACJAMI

Śledzę osoby, które mają podobne podejście do mojego. Nie motywują mnie cytaty „no pain, no gain”, nie lubię trzymać z osobami, które w każdej dziedzinie życia wprowadzają jakieś restrykcje. Staram się zawsze motywować siebie pozytywnie: pomyśleć o tym, co da mi taki trening, co się stanie, kiedy wybiorę zdrowy posiłek i zrezygnuję z kolejnego loda w tym tygodniu (chociaż w takie upały jak teraz, nawet przy dobrych argumentach jest ciężko 😀 ).

Jednym z najlepszych – dla mnie – dietetyków, których możecie spotkać online jest Monika Ciesielska (drlifestyle.pl)

NIE MA TU ŻADNEGO TAJNEGO SPOSOBU…

I to w sumie jest mój punkt szósty 🙂 Zrozumienie, że nie ma żadnego ukrytego sposobu, tajnej receptury, niesamowitego przepisu, który sprawi, że będziemy zawsze wybierać deser z nasion chia zamiast czekolady. Sami musimy wypracować sobie swoje zasady, które działają… tylko i wyłącznie NA NAS.

Ja tak robię i sobie to chwalę – ćwiczę od szóstej klasy podstawówki, jem zdrowo już od 7-8 lat… i jakoś mi się to nie nudzi, ani nie czuję się stłamszona zakazami. I tego życzę też Wam! Bo jeśli wypracujecie sobie swoje własne „bycie fit” to nagle stanie się to bardzo, bardzo proste.