Dzisiejsze standardy? Prawdopodobnie jesteś za gruba.

Dzisiejsze standardy? Prawdopodobnie jesteś za gruba.

Post navigation

40 komentarzy

  • Super potrzebny wpis! Coraz więcej podobnego podejścia widzę chociażby na instagramie, ale ciągle za mało. Z własnego doświadczenia wiem, że bardzo niski poziom tkanki tłuszczowej, jeżeli nie ma się ku temu naturalnych predyspozycji, jest bardzo trudny do utrzymania. Da się, ale tylko na bardzo restrykcyjnej diecie, która rujnuje kobietom całą gospodarkę hormonalną.

    • To prawda! Co do IG – niestety, ja to obserwuję tylko na zagranicznych instagramach. Na polskich dalej królują gołe pupy i „redukcja, redukcja, masa, redukcja”. 🙁 Szkoda.

  • Bardzo dobrze, że stworzyłaś taki wpis. Problemy ludzi krążą teraz często wokół sylwetki, kompleksów. A od przesadnego skupienia się na wyglądzie do chorób psychicznych jest tylko jeden krok.

  • Brawo! Święte słowa! Sama prawda! Trzeba by to na plakatach porozwieszać po wszystkich miastach w Polsce. Tylko czy wszyscy wzięliby sobie do serca? Przecież i tak wiadomo jak ma wyglądać „atrakcyjna kobieta”. Rzeczywiście, szaleństwo na punkcie wyglądu zatacza coraz szersze kręgi. Właśnie, WYGLĄDU. Nie o zdrowie chodzi, nie o sprawność, nie o to żeby na przykład z nastoletnimi dziećmi po górach pochodzić i podziwiać a nie łapać powietrze z trudem… Od siebie dodam jeszcze, ze smutkiem, że jakoś tak coraz więcej o tym wyglądzie się myśli, a coraz mniej się MYŚLI, tak w ogóle… A gdzie czytanie książek, dowiadywanie się, ciekawość co na świecie, co naukowcy odkryli, bycie z bliskimi, dla bliskich…
    No, trochę mnie poniosło 🙂 ale idea chyba czytelna. Żeby nie było 🙂 sama ćwiczę, biegam, jeżdzę na rolkach, rowerze, pływam…od lat, a mam tych lat sporo. Ruch to radość i przyjemność, relaks po pracy. Odsuwa w czasie osteoporozę, zawał, cukrzycę, nadciśnienie. No ale modelką to już raczej nie zostanę. Jak 99,9 procent kobiet na świecie. Marta, pisz dalej, bo mądrze piszesz.

    • Dziękuję Matyldo za taki wartościowy komentarz! Ja też uważam, że powinno chodzić o zdrowie i o sprawność, ale wiem tez, że ludziom łatwiej się zmotywować, jeśli myślą o efektach wizualnych. Problem polega na tym, że skupiamy się głównie na wyglądzie, a przez media mamy spaczony obraz zdrowej sylwetki – i to jest bardzo smutne. 🙁

      • Na obozie sportowym jedna ośmiolatka mi powtarzała, że jej widać żebra, czyli to znaczy, że jest gruba. No co za idiotyzm? Próbowałam jej wytłumaczyć, że wcale nie jest gruba, ale jest zbyt uparta.

  • Super Marta, że masz takie zdrowe podejście do tego! Dla wielu osób jesteś autorytetem, więc takie artykuły i głośno wypowiedziane zdanie (jak w czasie wczorajszej transmisji) uświadomi niektórym, że przesada w żadną stronę nigdy nikomu nie wyszła na zdrowie.

  • Ja mam sporą nadwagę i mówienie o sobie, że jestem gruba jest ok, bo to prawda. Ale jak słyszę, gdy szczupła laska mówi to samo o sobie, to mam dziką ochotę udusić ją gołymi rękami. Autentycznie.

    • Każda kobieta ma to do siebie, że nie podoba jej się coś w swoim ciele, a wg. innych jest irracjonalnym kompleksem i jeżeli tylko „podsłyszałaś” jak szczupła laska marudzi na swoją figurę, to ok. Gorzej jak taka ma 2 kg nadwagi, a żali się innej, mającej 20 nadprogramowych kilogramów ! I nie wiadomo czy strzelić takiej przez łeb? Uświadomić niezamierzone chamstwo i głupotę? Czy odwrócić się na pięcie i olać?

      • Trafiony zatopiony. Wczoraj koleżanka z pracy, której wystają żebra i sterczą kości z każdej strony skarżyła się mi jaka ona to nie jest gruba. Skarżyła się mnie – osobie z 20 kilogramami nadwagi… (╯°□°)╯︵ ┻━┻

    • Odczarujmy słowo „gruby”, jak i słowo „szczupły/chudy”. „Gruby”, czyli z tuszą, o dużej wadze. A nie „gruby” jako synonim dla „leniwy, brzydki, głupi, nieciekawy, nudny, frajer” itp. Analogicznie, „szczupły”, czyli o niewielkiej wadze. A nie „seksowny, pociągający, fajny, atrakcyjny, ktoś, z kim warto się zaprzyjaźnić/chodzić”. Niech gruby/szczupły będą odzwierciedleniem stanu faktycznego, widocznego na wadze i odnoszącego się tylko do budowy ciała, a nie oceną moralną.

  • Bardzo Ci dziękuję za ten wpis! Osobiście śledzę wpisy Twoje i paru innych fit-inspirujących dziewczyn, staram się podążać, ćwiczę 3-4 razy w tygodniu, co bardzo mi pomaga, czuje się silniejsza i po treningu bardzo pewna siebie, ale niestety stres powoduje, że na ogół jem kilkaset kalorii więcej dziennie niż tyle, by schudnąć.. Mam rozmiar 36/38 a mimo to czuje się gruba, za gruba by kupić sukienkę nieraz.. Gdy w sklepie widzę rozmiar 38 na metce i on na mnie pasuje, a 36 nie (kiedyś pasowało), to nie kupuję, czuje się za gruba. Bardzo chciałabym walczyć z tym poczuciem, w Polsce widać, że czasem za bardzo biegamy za byciem fit. Jestem teraz na jakiś czas na Węgrzech i widzę, że tu ludzie inaczej podchodzą do wyglądu- ma to i złe strony, bo dużo więcej jest naprawde otyłych dziewczyn, ale widzę, że dziewczyna o rozmiarze 38 nie boi się założyć krótkich spodenek, myśląc, że jest gruba (co w Polsce raczej zauważam na ulicach..). Wśród trenerek widzę, że ostałaś się, jako najbardziej „ludzka”, akceptująca, spokojnie motywująca, za co pięknię dziękuję! Zostań taką <3 Pozdrawiam!

    • Rozmiary ubrań to w ogóle jest jedna wielka masakra. Moje rozmiary spodni wahają się od 34 do 40 (te skrajne rozmiary wcale nie stanowią tylko jednej czy dwóch par spodni), a jestem chuda i mam 15,9 % tłuszczu w organizmie… Producenci ubrań stosują zupełnie różne szablony…

      • Rozmiarówki 😉 szablony każdy ma swoje 😛 myślę że problem w tym, że w sklepach mamy ubrania z całego świata, a wszędzie są inaczej wyliczane rozmiarówki. W Polsce zazwyczaj korzysta się ze standardowych rozmiarów opracowanych lata temu, przynajmniej w teorii 😉 kult szczupłego ciała jest wszędzie i niektórzy mogą zaniżać rozmiary żeby się lepiej sprzedawało

  • Myślę że ten wpis uświadomi niektórym osobą pewne rzeczy. Ja od niedawna jestem strasznie nie zadowolona ze swojego ciała a to dlatego ze mam nadwagę ale też przez te wszystkie wyidealizowane modelki i Fit inspiracje, przez to też niektóre dziewczyny popadają w anoreksje, wiec przestałam je oglądać i wezmę się za siebie. 😉 <3

  • Marta, z góry przepraszam, bo wiem, że to co zaraz napiszę to będzie mój obszerny strumień świadomości. Muszę to z siebie wyrzucić. Bardzo zazdroszczę Ci tego racjonalnego podejścia do zdrowia, sportu, życia. Teoretycznie mogłabym powiedzieć, że moje jest takie samo: nigdy nie liczyłam obsesyjnie kalorii, kiedy mam ochotę na coś słodkiego to po prostu to jem (nie codziennie i nie w kilogramach, rzecz jasna:P ) i ogólnie, zawsze zgadzam się z tym co piszesz, uważam, że zdrowy rozsądek przede wszystkim. Dbam o dietę, ale nie obsesyjnie. Mam to szczęście, że nie lubię tego smaku chemii w produktach i wyczuwam go od razu, dlatego nie piję słodkich napojów, wód smakowych, nie wspominając już o coli i innych gazowanych napojach, bo zwyczajnie mi nie smakują. Uwielbiam owoce i warzywa. Jem po 2-3 posiłki dziennie + jakaś przekąska w międzyczasie. Pracę mam taką, że stoję/chodzę/biegam czasem nawet po 12 godzin, dlatego trenuję rzadko: raz-dwa razy w tygodniu. Uwielbiam basen, rower. Wszędzie gdzie się da chodzę pieszo albo jeżdżę rowerem. Mam 21 lat, ważę 56 kg i mam 164 cm wzrostu. Teoretycznie wszystko w porządku. Jednak mój problem tkwi w tym, że mimo zdrowych (albo przynajmniej normalnych, nieszkodliwych) nawyków żywieniowych i ruchowych, mam straszne kompleksy. Noszę rozmiar 36 w większości marek, sporadycznie zdarza się 34 lub 38 – wiadomo, rozmiarówki są różne. Mam kompleksy na punkcie swojego wyglądu i nie mogę sobie z nimi poradzić. Nie jestem superaktywna fizycznie ale dużo spaceruję, jeżdżę na rowerze, chodzę na basen, czasem ćwiczę no i mam pracę wymagającą ode mnie dużo ruchu – w ciągu 12 godzin mam 15 do 30 minut przerwy na siedzenie i jedzenie. Nie piszę tego wszystkiego po to, żeby pojawiły się pod spodem komentarze typu: „no co ty, to odpowiednia waga” czy „przecież 36 to odpowiedni rozmiar” albo „marudzisz, chociaż nie masz prawa, co mają powiedzieć osoby z 20 kilogramową nadwagą”. Okej, ja to wszystko wiem. Ale co zrobić kiedy mimo racjonalnego podejścia do życia i wydawałoby się, że fajnego rozmiaru ma się kompleksy z którymi nie można sobie poradzić? Wiem, że większość z Was już na tym etapie nie czyta bo mój wywód jest za długi. Ale chcę pokazać problem z jakim boryka się sporo osób i wynika on właśnie z kretyńskich social mediów i idiotek typu Deyn ( czy jak tam się ją pisze), które kreują konkretne sylwetki, metody itd. Widząc szczupłe dziewczyny w rozmiarach 34, bez trzęsących się ud i z wyrzeźbionymi tyłkami pogrążam się w swoim poczuciu beznadziejności, bycia grubą, tłustą i nie wiem co z tym zrobić. Bo z jednej strony wiem, że nie ma diet cud, że moja waga i rozmiar są odpowiednie i nie chce zafundować sobie jakiejś krzywdy, zniszczyć sobie zdrowia a z drugiej cholernie źle się w swoim ciele czuję przez kreowane przez media wzorce. Zdaję sobie sprawę, że jestem z pokolenia dużo mniej odpornego na medialne szablony, ale jak sobie w tej sytuacji radzić? Czy to jest sprawa dla psychologa? Marto, będę bardzo wdzięczna, jeśli zechcesz to przeczytać i zastanowić się nad tym problemem, bo wiem, że takich dziewczyn jak ja jest dużo więcej.

    • Swietnie Cie rozumiem, mam dokladnie ten sam problem ze Soba. Waze 57kg i mam 176cm wzrostu – czyli teoretycznie nawet mam niedowage . Ale ciagle kompleksy ciagle tu za duzo tu cos wystaje. To jest meczace. Moj facet mowi ze do psyhola mnie wysle bo to nie jest normalne podejscie – i ja to tez wiem ale jest to silniejsze …

    • Mogę zabrzmieć ostro i bezkompromisowo, ale mam nadzieję, że to przeczytasz. Przestań skupiać się na, wybacz słownictwo, dupie. Masz jakieś hobby? To je rozwiń. Nie masz? To znajdź. Masz w swoim życiu fajnych ludzi offline? Spędzaj z nimi jak najwięcej czasu – też offline. Przejdź na dietę medialną – trzymaj się z dala od Insta, FB i innych pożeraczy czasu i samooceny. Żyj, a nie tylko wyglądaj. Buddyści mają takie powiedzenie „what you focus on – grows”. Im częściej będziesz negatywnie myślała o swoim ciele, w tym większą pułapkę czy błędne koło będziesz wpadać. Byłam już w swoim życiu bardzo gruba, gruba, przeciętna, szczupła i bardzo szczupła, obecnie na etapie przeciętna w kierunku gruba. Ale nigdy nie borykałam się z kompleksami, chyba dlatego, że zawsze miałam w życiu za dużo fajnych rzeczy do roboty, żeby skupiać się na rozmiarze moich spodni. Tak, wzdychałam sobie czasem: X ma takie szczupłe nogi, też bym takie chciała. No i kiedyś zawzięłam się, bardziej z ciekawości niż z próżności, i miałam te swoje szczupłe nogi. Miałam też wtedy mniej czasu dla ważnych ludzi, dla ciekawych książek, filmów, nie przesiadywałam tak dużo na ławce w parku obserwując ludzi, wolałam zaplanować menu na następny dzień niż pobawić się kotami. I doszłam do wniosku, że bycie bardzo szczupłą jest przereklamowane i czasochłonne. Wyobraziłam sobie, że całe życie tak mocno się kontroluję, umieram nagle młodo i na moim pogrzebie ludzie mówią… no właśnie, co? „Była taka szczupła, wkładała tyle wysiłku w liczenie kalorii”? Czy raczej „zawsze miała czas pogadać, doradzić, spotkać się, pośmiać razem”? O ile dokonywanie rozsądnych wyborów przy stole i umiarkowany ruch są moim zdaniem bardzo ważne dla zachowania zdrowa i nie zrezygnuję z nich nigdy, o tyle jakieś arbitralne cele typu „chcę ważyć x kg” zostawiłam już daleko w tyle. Nie opłaca się (patrz mój komentarz wyżej).
      I jeszcze: autentycznie mnie ciekawi, dlaczego przywiązujesz tak dużą wagę do tego, jak wygląda ktoś inny, jak bardzo jest szczupły? Dlaczego czujesz przymus wyglądania jak ten ktoś? Dlaczego chcesz się do tej osoby upodobnić? Dlaczego to, jak wygląda ktoś inny, ma na Ciebie tak silny wpływ?

  • Od dwóch lat jestem „fit”, nie terroryzuję nikogo tym jakoś specjalnie, ale staram się uświadamiać ludzi i jak ktoś pyta to z chęcią odpowiadam. Trzymam się swoich „zasad” i w 80-85% jem zdrowo.
    Ogólnie ludzie wiedzą o moim byciu fit z resztą bardzo często odpowiadam na pytanie ” a co masz w tym pudełku, jak to robisz, kupiłam to i nie wiem co dalej”
    Pamiętam taką sytuację gdy idąc na uczelnie miałam taki dzień, że chciałam zjeść muszelkę ( takie półkruche ciastko oblane czekoladą z marmoladą w środku). Był to jeden z tych dni kiedy miałam na to OGROMNĄ ochotę i nie było mowy żeby jakiekolwiek fit cudo mogłoby mi to zastąpić. Niewiele myśląc weszłam do cukierni kupiłam ciacho i poszłam na zajęcia. Na przerwie zabrałam się za jedzenie i nagle słyszę jakiś krzyk, już rozglądam się za ofiarą, której trzeba udzielić pomocy ( skrzywienie zawodowe :D) ale szybko zorientowałam się, że jest on kierowany w moją stronę. Koleżanka pokazuje palcem na moją muszelkę i mówi bez tchu Sandra to Ty jesz takie rzeczy? Przecież tam jest cukier, tłuszcz i pełno złego.
    Nie wiedziałam co mam jej odpowiedzieć, miałam pełną buzie, więc nie za bardzo mogłam się wyprzeć, że nie no co Ty nie jem, wpadło mi to do ust przez przypadek 😀
    Pokazuje to jak ludzie postrzegają bycie fit : bycie fit to 100% clean food i żadne odstępstwa nie wchodzą w grę. Bo jak zjesz to przestaniesz być fit i wszystko poszło na marne.
    Jestem uczciwa, tak samo jak promuje zdrowy tryb życia i moje pudełka, tak samo pokazuję, że potrafię zjeść coś co absolutnie nie wpisuję się w fit, jedząc to normalnie przy ludziach, a nie ukrywając się w domu.

    • Hej Sandra 🙂 Dzięki za komentarz. Chociaż ja otwarcie mówię o tym, że jem zdrowo, ale sobie pozwalam, to też zawsze ludzie są w szoku. Najgorzej jest z nowo poznanymi osobami – które wiedzą, że jestem trenerem, ale nie mają pojęcia o blogu i mojej filozofii i zawsze są zniesmaczone – jakbym była hipokrytką. Może bym była, gdybym ukrywała to, że wpadnie mi czasami coś niezdrowego lub gdybym twierdziła, że jem tylko i wyłącznie 100 % clean food 😀 No ale tak jak często powtarzam – mamy problem z podejściem, ciągle nam się wydaje, że coś może być albo dobre, albo niedobre i nie ma nic pomiędzy.

  • Ja bym poruszyla tez temat zaczynania „od nowa”. Zjemy cos niezdrowego, wyrywajacego sie poza schemat naszego planu, Nie zrobimy treningu Milo ze na lodowce wisi plan I jak wól napisane ze dzis many zrobic trening I co? Karcimy sie w myslach, mówimy ze jestesmy do bani i w ogole nic nie umiemy nawet jeść zdrowo. I padają magiczne mysli/slowa „zaczynam od nowa”. Zawsze tak robiłam. I teraz tez tak mysle ale zaraz potem mowie sobie ze to gowno prawda. Zaczęlam juz dawno. W momencie kiedy wykonalam pierwszy trening, kiedy wybrałam w sklepie zdrowsze ciastka jak miał ochotę na słodkie. I mowie sobie ze to ze zjem czasem sobie batona twixa, pójdę na mega wielkiego kebaba to nie znaczy ze będę gruba. Uśmiecham sie do siebie i wiem ze dluga droga przede mną aby niezdrowe nawyki byly tylko wspomnieniem ale za mną tez juz duzo pracy. I im mniej siebie za to nienawidzę tym częściej dokonuje lepszych wyborow. I uwielbiam Cie Marta za to, ze to właśnie Ty mi w tym pomagasz pisząc tak ważne artykuły!❤

  • Wpadłam w to na samym początku. Klasyka – liczenie kalorii, same restrykcje i kary, nienawiść do swojego ciała przekładana na nienawiść do siebie, przyglądanie się mijanym na ulicy kobietom i porównywanie się i tak by można wymieniać… Z perspektywy wydaje mi się, że niewiele mnie dzieliło od zaburzeń odżywiania. Jakieś pół roku temu przestałam śledzić na instagramie większość fit kont, zostawiłam chyba tylko Twoje ;p Zaczęłam też obserwować parę kont z gatunku body positivity i to najlepsze, co mogłam zrobić. A stare nawyki i tak zostają, właśnie jestem w takim momencie cyklu, że trochę spuchłam i od razu źle się ze sobą czuję. Niby wszyscy wszystko wiedzą, a najłatwiejsze rzeczy najtrudniej sobie uświadomić i w nie uwierzyć. Dziękuję za ten wpis, akurat czegoś takiego dzisiaj potrzebowałam 🙂

  • Ważyłam 62 kg – chciałam ważyć 55. Osiągnęłam 55 – zamarzyło mi się 52. Przy 52 pomyślałam „ciekawe, ile jeszcze jestem w stanie schudnąć, w końcu im szczuplej, tym lepiej, nie?”. Przy 49 miesiączka zanikła na 4 miesiące, mimo że wcale nie wyglądałam jeszcze jak wieszak (mam figurę klepsydry, więc zewnętrznie wszystko było, no właśnie, zgodne z dzisiejszymi „normami”). Mój organizm nie wytrzymał, wyeliminował możliwość rozmnażania, żeby skupić się na utrzymaniu przy życiu. Dzieciaki, nie róbcie tego w domu. Ani na siłowni. W ogóle nigdzie.

  • Dzień dobry Marto, jak zawsze z uwagą czytam Twoje komentarze, które „zmuszają” do kolejnych przemyśleń i przewartościowań siebie samej. Nie mam sylwetki fit chociaż ćwiczę z Tobą od roku,/co uważam za swój mały sukces – systematyczność/, nie mam kaloryfera /tzn. mam pod oknem w domu i to parę :)/ talia osy dawno przestała istnieć /chociaż ślad pozostał :)/. Nie głodzę się, nie zarzynam – jestem sobą, chociaż poukładanie się ze sobą samą zajęło mi trochę czasu. Kiedy w końcu zrozumiałam, że nie po drodze mi do J.Lo lub Kim Kardashian – pokochałam tę Danutę, z którą codziennie rano witam się przed lustrem. Największą moją radością jest świadomość, że pomimo swoich 42 lat jestem wysportowana, mam poczucie humoru patrząc na swoje uda i zajadając kolejną kostkę czekolady bez wyrzutów i pretensji do siebie samej / chociaż podjęłam wyzwanie 30 dni bez słodyczy – jedynie co, to udało mi się je ograniczyć do minimum /. Nauczyłam się siebie i zrozumiałam, że drogą do sukcesu w osiągnięciu celu, jest umiejętność zdroworozsądkowego podejścia do życia, do ludzi i do siebie samej. Cała praca nad ciałem nie zaczyna się na siłowni czy w gabinecie dietetyka – zaczyna się w głowie i to najtrudniejsza i wymagająca praca bo praca z samym sobą. I tego wszystkim nam życzę- pokochać siebie, bo jak pokochamy siebie to pokochamy innych. Pozdrawiam serdecznie 🙂

  • Od kilku lat dbam o zdrowe odżywianie. Mówiąc zdrowe, mam na myśli czytanie etykiet, mniej więcej pilnowanie białek, węgli i tłuszczy. Jem dużo ryb, serów białych. I tak przez te lata coraz bardziej się w to wciągałam, a nawet nie zauważyłam, a to wciągnęło mnie. Wpadłam w ortoreksję, czyli zbyt zdrowe odżywianie się- tak to jest możliwe. Przez to miałam wiele niedoborów, wpadłam w niedowagę, włosy mi wypadały, byłam okropnie nerwowa, mój związek zaczął się sypać.
    Przytyć próbowałam jakieś 8 miesięcy- w zasadzie teraz mi się to udało. Jeszcze pół roku temu nie zjadłabym kostki czekolady- przecież olej palmowy fuj! A teraz? Teraz nie myślę tak o tym, zjem od czasu do czasu te niezdrowe rzeczy ;). Nie mówię też, żeby na to całkiem nie patrzeć, bo np. takie gotowe dania z biedronki, czy chodźby nawet owocowe jogurty mnie odpychają.
    Jem jak najmniej przetworzone rzeczy, a prawie wszystko staram robić się sama (kocham gotować!).
    Jak dotąd nigdy nie kupowałam tych super produktów. Ale ostatnio naszło mnie na nasiona chia. Dlaczego? Nie koniecznie z powodu, że są super zdrowe i super modne. Chciałam po prostu wypróbować co to jest ;).
    A definicja zdrowego odżywiania dla mnie to spożywanie nieprzetworzonych produktów bez dodatków ;). Bo przecież skoro na półce mam serek do smarowania w którego skład wchodzi mleko, bakterie i sól, a obok taki gdzie jest mleko, przeciwutleniacze, zagęszczacze, wzmacniacze smaku i są w tej samej cenie. To wiadomo, wezmę ten pierwszy! 😉

    I tak jak dawniej wzbraniałam się przed wysiłkiem, tak teraz zaczęłam ćwiczyć 5 razy w tygodniu. Ale nie po to, żeby schudnąć- tylko po to, żeby moja sylwetka była ładna, a ja, mogła sobie pozwolić na więcej dobrego jedzenia 😉

  • Przestałam się już porównywać do dziewczyn z Twoją sylwetką ponieważ w końcu zrozumiałam, że mam 10 lat więcej i siedzącą pracę, która zajmuje mi większość czasu. Nawet przy zdrowym odżywianiu i regularnych treningach uzyskanie „odtłuszczonego” ciała z kaloryferem graniczy z cudem. Ale mam rozmiar 36/38, jestem wysportowana i mój mąż uważa, że jestem piękna. Czego tu jeszcze chcieć?;)

Zostaw odpowiedź

back to top