3 fit trendy, które mnie wkurzają

Cały świat jest teraz fit. Moja sąsiadka zaczęła ćwiczyć i codziennie słyszę tupanie w podłogę. Moja koleżanka, która zawsze mówiła, że nienawidzi się ruszać, zapisała się na jogę. Moja ciocia chodzi z kijkami i nie zdziwię się, jeśli jutro wstanę, a moja kotka będzie robiła brzuszki i wołała: no pain, no gain!
I chociaż cieszę się niesamowicie, że wreszcie coraz więcej osób się rusza, to są pewne fit trendy, które po prostu podnoszą mi ciśnienie. Natychmiastowo. 
Chociażby dlatego, że są, łagodnie mówiąc, głupie.

I nieodpowiedzialne.

Razem z modą na bycie fit w sieci zaroiło się od tysięcy różnych teorii na temat tego, jak jeść, żeby dobrze wyglądać, jak należy ćwiczyć, żeby mieć sześciopak i jak powinien wyglądać trening. Szkoda tylko, że nie wszystkie mają potwierdzenie naukowe, a niektóre z nich są po prostu kupą bzdur, które ktoś sobie wymyślił.

3 FIT TRENDY, KTÓRE MNIE WKURZAJĄ

  1. Trening cardio jest be.
    Razem z wysypem wszystkich ludzi, którzy chcą startować w bikini fitness i wielkiej modzie na trening siłowy, pojawiło się sporo osób, które zaczęły twierdzić, że trening cardio jest nie tylko bezsensowny, ale też szkodliwy. Nawet niedawno czytelniczki polecały mi książkę, w której autorzy przekonują do poglądu, że trening cardio może utrudnić odchudzanie – mam zamiar do niej zerknąć w najbliższym czasie, bo chcę to zobaczyć na własne oczy.

    Trening cardio, przede wszystkim, jest ZDROWY. Większość tego typu ćwiczeń angażuje większość mięśni naszego ciała, zmusza do wzmożonej pracy nasze serce, poprawia wydolność oddechową, naszą kondycję, podkręca przemianę materii, spala sporo kalorii, spala tkankę tłuszczową (to fakt, z którym nawet nie należy polemizować. Tak wygląda fizjologia człowieka). Jest to dobry sposób na pozbycie się dodatkowych kilogramów, ale także na bardzo szybką poprawę kondycji i wytrzymałości. Co z tego, że bierzemy 80 kg na przysiad, skoro podbiegnięcie do przystanku dalej męczy tak samo? 
    Niestety, całkiem spora liczba trenerów (nawet tych popularnych) demonizuje cardio i krzyczy, że ważny jest tylko trening siłowy.  Co za bzdura! Kiedy widzę taki profil, od razu go odlajkowuję. Jeżeli ktoś poleca wszystkim na wszystko maszyny i ciężary, to znaczy, że ma kiepską wiedzę.

    Po necie krąży obrazek przedstawiający dwie pary pośladków – jedne piękne, zaokrąglone, drugie obwisłe i nieatrakcyjne. Te pierwsze podpisane są „ona robi przysiady”, a ten drugi „a ta tylko cardio”. Nie tędy droga. Dobry trening cardio, w połączeniu z ćwiczeniami wzmacniającymi, których wykonanie też może być elementem tego treningu, to także droga do pięknych pośladków. Nie dajcie się zwieść.
    pexels-photo-large
    Jestem zdania, że najlepszy dla amatorów jest trening ogólnorozwojowy – rozwijający wszystkie zdolności motoryczne człowieka, a nie tylko siłę (jak w przypadku treningu siłowego). Dla pełnego zdrowia i pięknej sylwetki należy więc i robić cardio, i czasami machnąć hantlem. A jak nie hantlem – to piłką lekarską czy masą własnego ciała. Nie ma lepszego i gorszego treningu – każdy jest stworzony w jakimś celu i warto o tym pamiętać, zamiast zamykać się w pudełku swoim przekonań pod tytułem „tylko sztanga się liczy, a ludzie, którzy robią coś innego są słabi”.

  2. Tylko czysta micha.
    Kolejna rzecz, wywodząca się z dwóch środowisk: zawodników sportów sylwetkowych oraz kręgu pro-ana („subkultura” anorektyczek), które poprzez modę na bycie fit często zmienia się w krąg pro-ortoreksja. Nie wierzę, że jest na świecie osoba, która cały czas je w 100 procentach zdrowo.

    Nie wierzę też, że w takim wypadku nigdy nie ma ochoty na coś – na kupne słodycze, na lampkę wina, na popcorn w kinie, na colę. 
    Dla mnie kluczem do zdrowego życia jest UMIAR. Jem zdrowo na co dzień, ale jak raz na jakiś czas wsuwam kinder niespodziankę, to nie rozstępują się niebiosa, głos z góry na mnie nie krzyczy, a ja nie ważę 5 kilo więcej.Dążenie do bycia 100 procent fit każdego dnia może prowadzić do zaburzeń odżywiania – na przykład wcześniej wspomnianej ortoreksji. Nie dajmy się zwariować. Luz przede wszystkim.
  3. Zero tłuszczu.
    Na ciele, oczywiście. Kolejna rzecz wywodząca się ze sportów sylwetkowych. Nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę, ale utrzymanie bardzo, bardzo niskiej zawartości tkanki tłuszczowej wiąże się z wiecznymi wyrzeczeniami, niezdrowym trybem życia (przepraszam, ale nikt mi nie wmówi, że jedzenie zbyt małej ilości kalorii i codziennie tych samych posiłków jest w jakiś sposób zdrowe) i jest na dłuższą metę prawie niemożliwe.

    Nie o to chodzi w byciu fit! To nie jest konkurs na to, która z dziewczyn pierwsza przestanie miesiączkować, bo będzie miała za niski poziom tłuszczu w organizmie. To z kolei – tak swoją drogą – może potem prowadzić do problemów z zajściem w ciążę. Odpowiednia ilość tłuszczu w organizmie to taka, która mieści się w zdrowych przedziałach (lub jest lekko niższa). Tyle. Dążąc do niemożliwych wymiarów i zerowej zawartości tłuszczu w organizmie tylko można wpędzić się w chorobę.

To chyba trzy fit trendy, które nie podobają mi się w całym światku fitness najbardziej. A czy Wy macie jakieś mody, które działają na Was jak płachta na byka? A może obserwujecie inne zjawiska, które są niepokojące/denerwujące/dziwne? Dajcie znać!

Jestem na FACEBOOKU i INSTAGRAMIE.