Dzień 2: prawie zemdlałam

Przeżyłam małą śmierć.

Na drugi dzień zawodów miałam zaplanowany tylko jeden start 4×400 metrów. Porządnie się nim stresowałam, bo każdy, kto ma jakiekolwiek pojęcie o lekkiej atletyce wie, że czterysta jest najgorszym dystansem na świecie – dużo gorszym, niż długie biegi.

Według definicji, 400 metrów to przedłużony sprint – a to znaczy, że przez całe kółko biegacz musi biec praktycznie na 100 procent swoich możliwości. Brzmi łatwo, ale kto kiedykolwiek startował na ten dystans to wie, że łatwe to jest tylko w praktyce. Bez odpowiedniego przygotowania i wytrzymałości nie tyle biegowej, co szybkościowej, człowiek na ostatnich 150 metrach UMIERA. Dosłownie.

Wiedziałam, że sposób na przebiegnięcie 400 metrów bez przygotowania, po takiej przerwie w treningach i tak, żeby było jak najlepiej, jest tylko jeden – trzeba było pójść „w pałę”, pobiec jak najszybciej od początku, a potem po prostu jakoś dobiec na końcu . I tak było – starałam się wystartować jak na setkę, pierwsze dwieście metrów wydaje mi się, że było w tempie maksymalnym, następne pięćdziesiąt metrów pobiegłam na rozpędzeniu i potem zaczęło się piekło.

Trudno wytłumaczyć wam to, co się czuje w trakcie biegu na 400 metrów, ale spróbuję. Kiedy wchodzisz w drugi łuk i zostaje ci około 150 metrów do mety nagle czujesz, że tracisz siły. Próbowałam utrzymać równy oddech, ale w pewnym momencie zgubiłam krok i wszystko poszło się… wiecie. Zaczęłam nierówno oddychać, wybiegłam z łuku, widziałam już moją koleżankę stojącą na mecie i czekającą na pałeczkę. Zostało mi sto metrów – niby mało, nie?

I wtedy ciało mówi: JA JUŻ NIE BIEGAM, NIE MA SZANS. SAMA SOBIE BIEGNIJ, WARIATKO.

To uczucie jest tak dziwne i tak niespotykane, że trudno mi to wytłumaczyć. To tak, jakby nagle ktoś ci odłączył zasilanie. Nie chodzi nawet o same drogi oddechowe – tu nie było takiego problemu. Chodzi o wszystkie mięśnie. Nagle ręce zaczynają boleć tak, że masz wrażenie, że zaraz ci odpadną, a nogi po prostu nie mają siły biec dalej. Jeśli nie trenujesz jako czterystumetrowiec, w tym momencie zwalniasz (i to nie celowo, nie jesteś w stanie nic na to poradzić). Czułam, że jeszcze chwila i chyba padnę jak mucha. Zostało mi 50 metrów, a ja się czułam tak, jakby ktoś mi do każdej części ciała przywiesił po 30 kilogramów i kazał biec w wichurę, która wieje mi w twarz.

Ostatnich 50 metrów to nie pamiętam. Serio. Zresztą, jak zapytacie jakąkolwiek osobę, która biegła w pałę na 400 metrów, to wam to potwierdzi. 🙂

Nie wiem, jakim cudem dobiegłam do Patrycji i przekazałam jej pałeczkę. Prawdopodobnie jakbym biegła indywidualnie, to chybabym się poddała. 🙂 Wiem, że pewnie ciężko to sobie wyobrazić, bo to nie jest takie zmęczenie, jakiego możecie doświadczyć po przebiegnięciu 10 kilometrów czy czegoś podobnego. To zupełnie inny typ zmęczenia, to naprawdę uczucie, jakby ktoś was odłączył od kontaktu.

Podałam pałeczkę i od razu podziwiałam tartan z bliska, bo na czworakach. Przeczołgałam się w ten sposób za tory, bo nie byłam w stanie wstać. Gdyby ktoś mnie zapytał o moje imię, to nie wiem, czy bym wiedziała, jak się nazywam.

I w tym momencie zaczęło się najgorsze. I naraz.

Najpierw – nogi. Łydki i dwugłowe mięśnie ud (te z tyłu). Nie wiem, czy wiecie, jak bolą mięśnie tuż przed samym skurczem, ale to był właśnie taki typ bólu. Jakbym za sekundę miała mieć skurcz. Cieszę się, że miałam przy sobie koleżanki, szybko rzuciły się do rozmasowywania moich zbitych nóg. Druga rzecz – oddech. Człowiek sapie jak parowóz i nie może uspokoić oddechu. Trzecia – i to chyba dlatego, że jestem dziewczyną – brzuch. Myślałam, że zaraz tam na stadionie urodzę. 🙂

Czwarta – mdłości i zawroty głowy. Jeszcze NIGDY w życiu się nie czułam AŻ TAK źle. Dwa lata temu biegając 400 też poszłam w pałę, ale wtedy jeszcze trenowałam, więc mimo zmęczenia ten zgon był mniejszy.

Mija dziesięć minut, mi dalej nie przechodzi i wręcz przeciwnie – jest coraz gorzej. Myślę sobie – zaraz zwrócę cały swój obiad. Wszędzie ludzie, siedzę na tartanie. Doczołgałam się na czworakach do płotu i powoli podpierając wstałam. Trzymając się płotu wyszłam poza tartan i doszłam na trawę – wiecie, kulturalnie, nie będę zwracać przecież przy ludziach. 🙂

Mija kolejne 10 minut, mi dalej nie przechodzi. Przestraszyłam się, bo coraz bardziej kręciło mi się w głowie i jeszcze nigdy, od kiedy trenuję, nie czułam się po biegu aż tak źle. Podeszłam do ambulansu, wciągnęli mnie do środka, posadzili na krzesełku. Ratownicy mieli ze mnie niezły ubaw. 🙂 Poklepali mi tylko po plecach i mówili, że zaraz przejdzie, ale nie przechodziło. Jeden z nich zaczął mi szczegółowo opowiadać co mi jest (coś tam z kurczeniem się przepony, brzucha, dlatego masz mdłości, blablabla) co sprawiło, że było mi jeszcze gorzej. Zdenerwowałam się i resztką sił wyszłam z tej głupiej karetki i pobiegłam do łazienki, bo mój obiad naprawdę bardzo chciał wyjść na świat.

Teraz się z tego śmieję, ale wtedy nie było mi do śmiechu. Jak Boga kocham, pierwszy raz czułam się tak beznadziejnie.

Po wyjściu z łazienki dopadł mnie mój trener i jak mnie zobaczył, to się trochę zestresował. 🙂 Koleżanka dała mi przeciwbólową tabletkę na brzuch. Przemyłam sobie twarz wodą i powoli zaczęło mi wreszcie przechodzić. Mogłam już iść o własnych siłach.

I wtedy zaczęła się kolejna faza: euforia. 🙂 Latałam po całym stadionie i mówiłam wszystkim, jak było świetnie i w ogóle jak jest cudownie. Śmieszna sprawa, strasznie zabawny jest ten nasz organizm. 🙂

Ale swoją drogą. Domyślałam się, z czego wynika moje zmęczenie (za mało tlenu) , ale poszperałam trochę, bo chciałam też wam przybliżyć co się działo z moim ciałem podczas biegu.

I jak się dowiedziałam:

  • serce podczas tego biegu musi przepompować aż 25 LITRÓW KRWI. Dla porównania, w stanie spoczynku serce pompuje 5 LITRÓW krwi w ciągu jednej minuty
  • Gdy kończysz bieg, „serce na moment nie ma czego pompować i wtedy właśnie na skutek zmniejszonego zaopatrzenia mózgu w tlen pojawia się okresowe zjawisko zapaści ortostatycznej.” Naprawdę jestem w szoku, że nie zemdlałam. 🙂 Ale w sumie nie zemdlałam nigdy w swoim życiu, więc może po prostu mam silny organizm.

Na czym polega zapaść ortostatyczna? To utrata przytomności spowodowana brakiem tlenu. W czasie wysiłku krew jest pompowana głównie do mięśni – skutkiem czego inne organy, w tym mózg, dostaje tej krwi z tlenem mniej niż powinien. Po przekroczeniu mety jeszcze przez jakiś czas przepływ krwi skierowany jest głównie do mięśni. Zrobiłam błąd, bo nie powinnam klęczeć, tylko maszerować – krew zalegała mi w nogach, a reszta dalej była niedotleniona. Tyle, że po przebiegnięciu czterystu raczej nikt nie myśli o tym, żeby spacerować, a tylko o tym , że zaraz umrze 🙂

  • Wielu zawodowych sprinterów po biegu potrzebuje maski tlenowej, żeby nie odpłynąć. To tak dla zobrazowania, jak wielkim wysiłkiem jest 400 metrów (tu nie chodzi tak naprawdę o długość dystansu, bo ludzie biegają i maratony, ale o intensywność wysiłku. To się biegnie sprintem.).
  • Dług tlenowy, który ma organizm po zakończeniu biegu wynosi 92 procent. Dług tlenowy to proces, w którym tlen zużywany jest dużo szybciej, niż jest pobierany. Po prostu organizm w pewnym momencie bierze kredyt, a potem musi go spłacić – dług tlenowy spłacany jest w trakcie odpoczynku. Dług wynoszący 92 procent… chyba nie muszę wam mówić, że to dla organizmu więcej, niż kredyt we frankach.

W przygotowaniu wpisu pomógł mi artykuł Sebastiana Bednarczyka ze strony bieganie.pl, zachęcam do przeczytania, bo to jest naprawdę ciekawe: KLIK.

Ale przeżyłam. Chciałam wam to wczoraj opisać, ale byłam tak zmęczona, że nie dałam sobie z tym rady. Ostatecznie przebiegłam te 400 metrów w czasie ok. 61-62 sek. i jestem z siebie dumna, bo to nie jest zły wynik jak na „emerytkę”. 🙂 🙂 Szkoda tylko, że nie udało nam się w tym roku stanąć na podium.

Dziś wieczorem będzie kolejny wpis – bądźcie gotowi 🙂