Jak to się u mnie zaczęło? Moja przygoda ze sportem.

Wbrew pozorom, nie zaczęło się od wypatrzenia mnie na boisku, czy od zachwytu wuefstki nad moim bieganiem. Nie wystartowałam z treningami, bo ktoś mnie zauważył na szkolnych zawodach lub zaprosił na pierwszy trening. Wszyscy po prostu wiedzieli, że ja będę trenować. Miałam to przypisane do mojego życia, tak jak w niektórych krajach do małych dziewczynek za młodu przypisany jest już narzeczony, który staje się mężem. 

Moim obiecanym partnerem była lekka atletyka.

Brzmi dziwnie, prawda? Ale jak Boga kocham, naprawdę tak to wyglądało.
Bo widzicie, tą opowieść trzeba zacząć od początku. A wszystko zaczęło się od jednej osoby – mojej starszej siostry, która w liceum zaczęła trenować lekką atletykę. Kiedyś wypatrzył ją trener… i po krótkim czasie okazało się, że znalazł talent.  Anita biegała bardzo, bardzo szybko, osiągając świetne wyniki w krótkim czasie. I tak to się zaczęło – jej medale na Mistrzostwach Polski, udział w Mistrzostwach Świata i Mistrzostwach Europy, powołania do kadry… w domu mówiło się sporo o lekkiej, a siostra powoli zagnieżdżała we mnie pasję do biegania, zabierając mnie na treningi.

Pamiętam, jak czasami robiła trening sama, bez trenera – musiała wykonywać szybkie przebieżki, a ja, siedmioletni brzdąc, wołałam „szybciej, szybciej!” i zachowywałam się jak wzorowy kibic. 🙂
W każdym razie, praktycznie od dziecka w domu była częsta mowa o tym sporcie, a ja chodząc z nią na treningi, zapewniałam jej trenera, że kiedyś ją przegonię.
I tak, mniej więcej, to się zaczęło.

PRZYGODA Z LEKKĄ

Przez całą podstawówkę byłam hiper-aktywnym dzieckiem. Jeździłam na zawody, ćwiczyłam na każdej lekcji wychowania fizycznego i gdy tylko mogłam, organizowałam na podwórku zawody biegowe. W końcu, na początku szóstej klasy podstawówki byłam na tyle duża, aby móc zacząć trenować pod okiem kogoś doświadczonego.

Mój pierwszy rok treningów był ogólnorozwojowy – po prostu z racji tego, że byłam jeszcze młoda, trener nie chciał mnie ukierunkowywać, a tylko pomagał pozostać aktywną. Więc biegałam długo. I krótko. Skakałam w dal. Miałam lekki trening siłowy.

W gimnazjum musiałam zmienić trenera i wtedy już rozpoczęłam trening nakierowany na 100 metrów. Mój pierwszy start pamiętam jak dziś – nie wiedziałam jak ustawić blok, wszędzie były starsze dziewczyny, a ja byłam tak podniecona, że do tej pory dziwię się, że nie zrobiłam falstartu. To były wakacje przed pierwszą klasą gimnazjum – mój pierwszy bieg zakończył się wynikiem 13,52 s. (tak mi się wydaje – niestety nie ma tego wyniku w bazach PZLA).

Czy trenowanie wymaga poświęceń? Oczywiście, że tak. Nawet, jeśli jest to tylko szczebel wojewódzki i krajowy. Kiedy inni bawią się na majówce, ty masz maraton zawodów. Każdy weekend od końca kwietnia do połowy czerwca – w trasie. Masz szczęście, jeśli zawody organizują w twoim mieście, ale zdarza się, że są na drugim końcu Polski. Osiem godzin w autobusie (pamiętam drogę do Zamościa i TRZYNAŚCIE godzin w trasie), nie zawsze dobre jedzenie w stołówkach…

Popołudnia zajęte przez treningi, na które poświęcasz minimum 2,5 godziny – czas na dojście do stadionu i zrobienie odpowiedniego treningu. Bieganie w zimie w górach przy mocno minusowej temperaturze, obozy w każde wakacje… a i tak nie zawsze jest gwarancja, że sezon będzie udany.


Trenowałam przez 8 lat. W czasie liceum przez jakiś czas kompletnie nie miałam żadnych postępów przez co nieco zniechęciłam się do trenowania. Bo jak to jest, że trenujesz pięć razy w tygodniu, jeździsz na obozy i dalej biegasz tyle samo? Każdy chciałby się poddać.
W drugiej liceum oprócz 100 metrów zaczęłam – jak każdy sprinter – biegać także 200. Strasznie się bałam tego dystansu, bo byłam kompletnie pozbawiona wytrzymałości szybkościowej i po 150 metrach zwalniałam, tak, jakby ktoś ze mnie wypuścił powietrze. 🙂

Potem jednak coś znów ruszyło i pod okiem nowego trenera na pierwszym roku studiów zrobiłam kilka rekordów życiowych. I chociaż sezon skończyłam dobrze – zarówno z życiówką na 100 jak i na 200 metrów – to po wakacjach już nie wróciłam.

To była trudna decyzja i do tej pory jest mi przykro, jak o tym myślę (albo jak widzę zdjęcia z zawodów, które umieszczają koleżanki  z treningów), ale to był już etap, na którym musiałam wybrać – albo lekka i studia, albo studia i kilka moich zainteresowań, w tym praca. Czy żałuję? Pewnie.

Tęsknię za adrenaliną na zawodach, tęsknię za uczuciem podniecenia, które towarzyszy podczas stania na zmianie sztafety i czekania na biegnącą koleżankę. Tęsknię za uczuciem wygranej, za satysfakcją, za przyjemnym zmęczeniu po okropnych tempach, których tak bardzo nie lubiłam robić. Tego się nie da opisać.

Ale dzięki temu powstało Codziennie Fit. Chciałam kontynuować moją przygodę ze sportem i chyba mi się to udało. 🙂

Jeżeli chcecie więcej poczytać o mnie, zapraszam na odświeżoną stronę – O MNIE.