3 mity na temat ćwiczeń, które mnie denerwują

Wszyscy już wiemy, że cała Polska ćwiczy. Ćwiczą studentki, licealistki i młode mamy, pragnące odzyskać brzuch sprzed ciąży. Po ścieżkach biegowych zasuwają panie po czterdziestce i kasjerki z warzywniaka po pięćdziesiątce. Co więcej, masz dziwne podejrzenia, że nawet twoja babcia zaczęła robić brzuszki, bo pewnego dnia zauważasz u niej sześciopak.
A potem, nagle, ktoś mówi jakąś totalną głupotę i wszyscy mu wierzą. Że po ćwiczeniach na siłowni będziemy wyglądać jak Pudzian, albo że jeśli będziemy ćwiczyć przez dwie minuty dziennie, to możemy wpierdzielać połowę lodówki i dalej będziemy szczupłe.

SIŁOWNIA? DOBRA, ALE BEZ CIĘŻARÓW

To jest hit, który jeszcze półtora roku krążył w internecie w trochę innej formie. Wtedy kobiety myślały, że ćwicząc na siłowni, zaczną być umięśnione jak Hulk, a ich wąskie spodnie będą pękać w szwach na udach – oczywiście, z powodu tak wielkich mięśni. Powoli udało się wybić z głowy tę bzdurę większości dziewczyn, więc teraz wszystkie hurtowo uczęszczają na siłownię i nawet inwestują – szacunek, naprawdę – w karnet na dłuższy okres czasu. Jest tylko jedna rzecz, której panie dalej unikają jak diabeł wody święconej:
Ciężary. I hantle. Szczerze mówiąc, to unikają jakiegokolwiek dźwigania. Czemu? Bo boją się, że przez to staną się masywne. Za każdym razem, jak to słyszę, nie wiem czy zacząć się śmiać, czy usiąść przy biurku i walnąć w nie głową. Nie wiem, skąd się biorą takie mity i nie mam najmniejszego pojęcia, kto i kiedy to zapoczątkował, ale musiał być niezłym dowcipnisiem.

Czasami piszą do mnie dziewczyny pytając, czy robiąc zestawy z mojego bloga nie przybędzie im mięśni, bo tego by nie chciały. Możecie zapomnieć o wielkiej muskulaturze. Moje ćwiczonka wtedy nie wystarczą.

Po pierwsze: kobiece ciało wcale nie jest przyzwyczajone czy też przystosowane do nabierania masy mięśniowej. Wcale nie jest nam tak łatwo sprawić, by nasze mięśnie były widoczne. Nie jesteśmy w stanie mieć aż tak wytrenowanego ciała jak mężczyźni. Zwłaszcza, jeśli jesteśmy zwykłymi dziewczynami, które przychodzą na siłownię dwa-trzy razy w tygodniu. Nie mówiąc już o tym, że panie raczej muszą wspomagać się odżywkami, żeby ten przyrost masy był naprawdę, NAPRAWDĘ bardzo widoczny (mówię tu o fitnesskach).

Po drugie: osiem lat trenowałam lekką atletykę i ćwiczyłam na siłowni. I uwierzcie mi, to nie były przysiady z dwukilowymi hantlami. Czy ja albo któraś z moich koleżanek wyglądała jak Pudzian? Nie. A przecież zdarzało się, że brałyśmy do ćwiczeń naprawdę duże obciążenia i trenowałyśmy sporo czasu. A jednak – zero Schwarzeneggera. Nawet przy 60 i więcej kilogramach na przysiad.
Po trzecie: żeby wypracować sobie wygląd miss kulturystyki, musiałybyście spędzać mnóstwo czasu na siłowni i dostosować dietę pod nabieranie masy. Niewykluczone, że dodatkowo zmuszone byście były brać odżywki i „wspomagacze”, by rzeczywiście wyrobić sobie niesamowicie widoczne mięśnie. Dalej boisz się iść na siłownię i zrobić wypady z pięciokilowym obciążeniem?

NIE MOGĘ ĆWICZYĆ, BO SCHUDNĘ JESZCZE BARDZIE

Czasami pisząc notkę o ćwiczeniach, dostaję potem wiadomości od szczupłych dziewczyn. Że one nawet i by chciały zacząć ćwiczyć, ale boją się, że schudną jeszcze bardziej. Albo, że chciałyby przytyć, ale też nie chcą mieć wiszącego tyłka. Słowem: uważają, że jeśli tylko zaczną się ruszać, to nagle staną się chude jak zapałka. Znów nieprawda.
Nie jest tak, że jeśli jesteś szczupły i zaczniesz ćwiczyć, to schudniesz jeszcze bardziej. Grunt to dopasować ćwiczenia. Wiadomo, że jeśli ktoś waży czterdzieści kilo i je jak wróbel, to bieganie dwie godziny dziennie nie będzie dobrym pomysłem. Ale ćwiczenia siłowe i kształtujące ciało? Czemu nie? Dodając do tego odpowiednią dietę – z naciskiem na rozkład białek, węglowodanów i tłuszczy – możemy ładnie, zdrowo przytyć.
Przysiady, wypady, brzuszki, pompki, wszystkie tradycyjne ćwiczenia dywanowe i mnóstwo innych, które znajdziesz – to wszystko nadaje się do robienia przez szczupłe osoby. Bo wiecie, mieć chude ciało i ważyć mało to jeszcze nie sztuka. Sztuka to mieć te ciało w miarę wyćwiczone czy wyrzeźbione. A to się samo nie zrobi, nawet, jeśli przez cały dzień będziecie jadły wyłącznie ryżowe wafle.
Poza tym, ruch to zdrowie i chociaż ten slogan jest już tak utarty, że wszyscy mają go dosyć, to to jest prawda. I z tym nie można dyskutować.

JAK ĆWICZĘ, TO MOGĘ JEŚĆ WSZYSTKO

To też jest dobre i stosowane zwłaszcza przez osoby, które się odchudzają. Tłumaczą sobie, że mogą jeść dokładnie to co chcą i ile tego chcą – a uwierzcie, zazwyczaj to są duże ilości – bo przecież zaraz idą pobiegać i wszyściutko spalą. Jasne. To może i trzymałoby się kupy, gdybyśmy mieli kilka takich dni w miesiącu, ale codziennie? Serio? Załóżmy, że spalasz nawet 350 kalorii na treningu. Potem siadasz do stołu i wpierdzielasz czekoladę, pierogi, a kolację okraszasz dwoma potężnym tostami z dużą dawką sera.  Nie brzmi jak coś, co może się udać, nawet w innym wymiarze.
A potem na forach związanych z odchudzaniem miliony postów z pytaniem „dlaczego nie chudnę? Co robię źle?” No cóż, może właśnie to.

Wiecie, że uważam, że najlepszy jest złoty środek. Można sobie pozwolić na różne grzeszki, bo wszystko jest dla ludzi, ale ja mówię tu o przypadkach skrajnych – kiedy po ćwiczeniach codziennie jesz paczkę chipsów albo dwa wafelki i dziwisz się, że nie ma efektów.

Wniosek? Nie wierzmy ślepo w to, co nam mówią ludzie w internecie. Ani w telewizji. Bo potem robimy takie głupoty, które może we wpisie na blogu wydają się śmieszne, ale mogą skończyć się poważnymi konsekwencjami zdrowotnymi.
A Wy jakie śmieszne mity słyszałyście?