Wszyscy wiemy, że w jakiś sposób kalorie są ważne. Nie da się tego ukryć. Jedząc ich za dużo – tyjemy. Za mało – chudniemy. Jedząc w sam raz, utrzymujemy odpowiednią wagę. Ale czy na pewno są aż tak niesamowicie istotnym tematem, żeby tracić życie na wieczne zamartwianie się, ile kalorii miał ten kawałek kanapki?  Oczywiście, że nie.
Więc proszę cię, z łaski swojej, daj już wreszcie spokój z tymi cholernymi kaloriami. 

Żebyśmy się dobrze zrozumieli – wiadomo, że kiedy próbujesz coś zmieniać w swojej sylwetce, warto mieć kalorie pod kontrolą. Nie da się ukryć, że to jeden z popularniejszych błędów w odchudzaniu czy nabieraniu masy – nie wiemy dokładnie, ile tak naprawdę tych kalorii wpada i przez to często nie widzimy efektów, bo nasze „na oko” jest dość niedokładnym pomiarem.

Ale jeżeli kalorie są dla ciebie tak ważną rzeczą, że nie potrafisz nawet wyluzować z okazji swoich urodzin czy wypadu na randkę, to coś tu jest nie tak.

A ILE TO MA KALORII?

Wieczne zastanawianie się, ile coś ma kalorii to nie dbanie o siebie i bycie fit, tylko zamykanie samej siebie w ciasnej klatce bez wyjścia. Ciągłe obliczanie ile białek, węglowodanów i tłuszczy sobie dostarczasz, czy nie przekroczyłaś bilansu o 50 kalorii i wielkie liczenie przy innych, czy jesz dużo czy mało, to nie super dbanie o formę, a przesada.

Przez to, że zajmuję się tym, czym się zajmuję, czasami mam wrażenie, że jedyne, o czym niektórzy ludzie chcą ze mną gadać, to diety i odchudzanie. Jeśli idę na wypad ze znajomymi i zamawiamy razem wspólną pizzę  – bo przecież nie ma nic złego w pizzy raz na jakiś czas – to naprawdę, ostatnie, o czym chcę słuchać, to to, ile ta pizza ma kalorii i czy się od niej tyje, czy nie. Mam to gdzieś! Nie jem pizzy codziennie. Jem ją raz na jakiś czas, ale jeśli już jem, to cieszę się każdym kawałkiem i nie świruję, że przytyję pięć kilo na drugi dzień, bo wiem, że to nie jest możliwe z punktu widzenia fizjologii. Nie da się.

A życie nie jest od tego, żeby liczyć każdą kalorię wkładaną do ust. Bo co to za życie? Odmawianie sobie wszystkiego? Liczenie skrupulatnie każdego kęsa? Czy to naprawdę jest coś, do czego warto aspirować? Nie sądzę.IMG_20160413_092620

Jestem fit, bo chcę być zdrowa, aktywna i szczupła (co jest akurat efektem ubocznym takiego trybu życia). Ale nie uważam, żeby taki tryb życia wymagał nie wiadomo jakich poświęceń, odmawiania sobie wszystkiego i wiecznego życia z pudełkami. Nie zrozumcie mnie źle: dyscyplina jest w porządku, ja też odmawiam sobie rzeczy, ale kiedy już jem coś, co jest „niezdrowe”, „zakazane”, „tuczące” to żebyście widzieli, jak mi się uszy przy tym trzęsą!

To złoty środek jest wyjściem, jedzenie w 80 % zdrowo i pozwalanie sobie na 20 % grzechów, a nie próba jedzenia w 100 % idealnie i wieczne burczenie na siebie, bo zjadło się za dużo. Nikt nie jest idealny. Nikt też, poza czynnymi sportowcami i kulturystami nie musi trzymać się swojego menu w stu procentach każdego dnia. Jesteśmy ludźmi!

I jak ludzie, powinniśmy się cieszyć z tego, że pijemy lampkę wina świętując sukces, próbujemy raz w miesiącu ciepłe ciasto mamy z dużą ilością cukru (ach te mamy, ja mojej nie potrafię oduczyć!), jemy pyszną pizzę ze znajomymi. I dobrze! Niech nam smakuje! Raz na jakiś czas na pewno nie zaszkodzi, macie moje słowo.

KROK DO CHOROBY

Jeśli nie potrafisz czegoś zjeść bez porównywania czy to dużo czy mało kalorii, czy jesz mniej czy więcej niż koleżanka lub chłopak, czy od tego przekroczysz bilans czy nie, to zamiast martwić się o to, czy przytyjesz od tych 5 kalorii więcej, powinnaś poważnie zastanowić się, czy czasami nie jest czas, by udać się do specjalisty.Wieczne wyrzuty sumienia z powodu jedzenia, trzymanie restrykcyjnej diety, odmawianie sobie wszystkiego, liczenie każdej pojedynczej kalorii, próba „odkupienia” swoich win ciężkimi ćwiczeniami, środkami przeczyszczającymi (nie działają – to tak na marginesie, gdyby ktoś z was głupio próbował), błonnikiem, wymiotami, głodówką na drugi dzień to nie twoja silna wola, a znak, że czas poprosić kogoś o pomoc, zanim będzie za późno.

Zaburzenia odżywiania są straszne. Anoreksja, bulimia, ortoreksja – podchodzą niespodziewanie i przejmują panowanie nad twoim życiem.  Proszę, nie dajcie się zaciągnąć na tą stronę.  Nie tędy droga! Wieczna kontrola nie da ci szczęścia, tak samo jak znaczna nadwaga.

Da za to problemy – nie tylko zdrowotne, ale także w związku, w relacjach z rodziną czy przyjaciółmi, a co najważniejsze – w relacjach z samym sobą.

Więc proszę, daj już spokój z tymi kaloriami. Szkoda życia.